Mamy tu w Danii pewnego słynnego księdza, który cztery lata temu ogłosił, że nie wierzy w Boga, ani w zmartwychwstanie, ani w życie wieczne. Opinie takie wyraził w swojej książce, a potem powtórzył w wywiadzie dla gazety. Ksiądz Grosbøll został zawieszony w obowiązkach przez swoją p. biskup, która zarządała wyjaśnień. Ponieważ wyjaśnienia nie nastąpiły, oddała sprawę Ministerstu Spraw Kościelnych (czyli najwyższej kościelnej władzy w Danii. Głową Kościoła jest królowa). Ksiądz trafił pod opiekę innego biskupa, który miał kontrolować, czy jego kazania są zgodne z dokrtyną luterańską. Ale kazania nadal głosił.
Ostatnie wiadomosci są takie, że ksiądz Grosbøll wybiera się na emeryturę i że jest zmęczony sytuacją, w której wszystko, co mówi, jest źle rozumiane.
Przez cały czas wspierają go jego parafianie z Taarnbaek - i to jest właśnie najdziwniejsze w tej dziwnej sprawie. Ich szacunek dla szczerości proboszcza jest zrozumiały, ale dlaczego chcą, aby wciąż głosił kazania w ich kościele? Co może im powiedzieć po tym, co już powiedział?
Oczywiście, drogi czytelniku, odczuwasz w tej chwili święte oburzenie i gniew na księdza - ateistę. Ale czy nie lepszy jest ksiądz, który mówi, że nie wierzy, od takiego, który po prostu nie wierzy, a żyje sobie jak gdyby nigdy nic? A przecież spotyka się takich księży, nie tylko w Danii.
wtorek, 6 listopada 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
Ja odczuwam święte oburzenie na Autorkę posta za dokonywanie niebezpiecznych przesunięć semantycznych: z pana Grosbølla jest taki ksiądz jak i ze mnie...
A swoją drogą mieliśmy niedawno nagłośniony przez pewną gazetę masowy coming-out ateuszy. Na listę rzuciłem okiem - a czy przypadkiem nie znajdę znanych z łam owej gazety "autorytetów kościelnych". Nie żeby nie wierzyli, ale przynajmniej się solidaryzowali. No i się rozczarowałem. Okazało się bowiem, że taki uczciwy ateusz jest podrzędną kategorią wobec, dajmy na to, współpracownika bezpieki (bo z tymi się już solidaryzowali). Życie jest skomplikowane.
W konkurencji jawnogrzesznictwa z hipokryzją zdecydowanie wygrywa ta druga.
To ja przepraszam za przesunięcie semantyczne, ale duchowni luterańscy w Polsce określają się jako "księża", więc ja tak per analogiam. Ja się na tym nie rozumiem, ale przecież gdyby z ks. Grosbolla był taki ksiądz jak z PK, to cała historia w ogóle nie byłaby ciekawa, nieprawdaż?
Odpowiem patetycznie: "Tylko prawda jest ciekawa" :)
Prześlij komentarz