środa, 26 września 2007

w Warszawie

Przylecieliśmy wczoraj. Pierwsze wrażenie: znaleźliśmy się w europejskiej stolicy! Wieżowce, światła, neony... U nas w Kopenhadze tego nie ma. Budynki powyżej 5 pięter to rzadkość, a powyżej 10 są chyba zabronione.
Dziś rano mój zachwyt troszkę minął: w sklepie myslałam, że stało się coś złego - nikt się nie uśmiecha, panie zmęczone i znudzone. Potem nieprzyjemna rozmowa w przedstawicielami Uniwersytetu (sekretarka mojego Wydziału rzuca słuchawką w połowie rozmowy). Wydaje mi się, że nieuprzejmość roznosi się jak przeziębienie: wystarczy, że dziesięc osób w Warszawie wstanie lewą nogą (z dowolnego powodu) i burknie rano do pani w kiosku. Pani w kiosku zrobi się przykro, więc zmierzy złym wzrokiem swoich 40 klientów, którzy z kolei nakrzyczą na kogoś w tramwaju. I do południa mamy półtora milona zakażonych. Któryś z nich spotka pewnie ankietera z SMG/KRC czy innego OBOPu, który spyta: "czy jest pan pani szczęśliwy a". "Nie jestem". A dlaczego? "Bo moja praca jest nudna i mało płatna, moja żona mnie nie lubi, a dzieci są niegrzeczne". Proste? I nikt nie pomyśli, że to wszystko przez panią w kiosku.
Obywatelu! Bądź uprzejmy dla bliźniego!
Oczywiście, że cały ten post to banał, a przecież my wszyscy jesteśmy głębocy i intelygentni.
To proszę wytrzymać przez tydzień :-)

piątek, 21 września 2007

Potop polski

W tym roku przyznano w Danii już 10 000 pozwoleń na pracę i pobyt. To rekord - jeszcze nigdy nie pracowało tutaj tak wielu obcokrajowców. 7 000 z tych pozwoleń wydano Polakom. Jak łatwo obliczyć, stanowimy teraz ok. 0,2 procenta populacji. To tak, jakby do Polski przyjechało 80 tysięcy np. Ukraińców (albo Duńczyków). Rząd się cieszy, bo dawniej imigranci byli uchodźcami i azylantami, a teraz "udało się nam zatrudnić wykwalifikowanych pracowników" (szef Urzędu Imigracyjnego). Polacy pracują głównie na budowach i pewnie w zimie wyjadą - ale studenci, lekarze i pielęgniarki zostaną na jakiś czas.

środa, 19 września 2007

Matka Dunka

Matka Dunka wygląda tak:
wariant 1 - rower z krzesełkiem dla dziecka z tyłu i koszykiem z przodu. Wielki brzuch (co najmniej 7 miesiąc). Dwie siaty - jedna na krzesełku, druga w koszyczku. Dziecko jedzie obok na swoim małym rowerku.
wariant 2 - rower ze skrzynią na dwoje dzieci. W rowerze dwoje małych. Trzecie, większe na krzesełku z tyłu. Siaty w skrzyni. Brzuch wielki.
wariant 3 - wózek na bliźniaki. W wózku bliźniaki albo dwa niebliźniaki, ale w podobnym wieku. Trzecie stoi na specjalnej półeczce przy wózku i trzyma się rączki. Siaty wszędzie.

Proszę nie pytać, jak wygląda ojciec Duńczyk... Oni są pomysłowi, jeśli chodzi o budowę rowerów :-)

Każdy jest nielegalny prawie wszędzie

Z materiałów Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej dowiedziałam się, że 42 % wszystkich rodzin z dziećmi do 24 (!) roku życia korzysta z państwowych zasiłków rodzinnych. Otóż warunkiem otrzymania tego zasiłku jest dochód na osobę w rodzinie poniżej 540 zł miesięcznie. Co oznacza, że przynajmniej 42 procent rodzin w Polsce znajduje się w dość trudnej sytuacji finansowej. Jest też inne możliwe wytłumaczenie - 42 procent ojców i matek ma oficjalne dochody poniżej 540 zł, a co zarabiają poza tym, to już ich sprawa.
No i jak to się skarbowi państwa opłaca: podatki są wysokie, żeby dochody państwa były wysokie. Ale obywatele i tak tych podatków nie płacą (bo za wysokie), a w dodatku pobierają rozmaite zasiłki dla ubogich.
Możliwe rozwiązania: 1. zmiejszyć podatki 2. przekonać obywateli, że płacenie podatków się opłaca, bo dostaną za nie full serwis (drogi, szpitale, przedszkola, bezpieczne szkoły, dobre uniwersytety itd). 3. przekonać obywateli, że niepłacenie podatków się nie opłaca, bo wiąże się z nieuchronną karą.
Do mentalności społeczeństwa polskiego najlepiej wydaje się pasować rozwiązanie nr 1 :-)

Tytuł: na Żoliborzu ktoś napisał na ścianie: "żaden człowiek nie jest nielegalny". Pod spodem kto inny: "każdy jest nielegalny prawie wszędzie".

piątek, 14 września 2007

Dobrzy Indianie

Duńska polityka jest nudna - w tej chwili oni też przygotowują się do przyspieszonych wyborów, ale nikogo to właściwie nie obchodzi. Nie bardzo też wiem, dlaczego te wybory urządzają, bo z pewnością nie dlatego, że wszyscy się kłócą i parlament nie jest w stanie działać (o tym, co się dzieje u nas, naród duński słucha z rozbawieniem, bo i tak nie wierzą).
Są tu partie, które podobnie jak w Polsce, nazywają się odwrotnie do tego, co robią: np. socjaliści chcą odbniżenia podatków, a liberałowie - podwyższenia.
Gazety poświęceją polityce jakieś 10 procent uwagi.
Oczywiście, można popatrzeć na nich z politowaniem - biedny, chłopski lud, pozbawiony zmysłu politycznego, który to zmysł świadczy przecież o samodzielności i dojrzałości człowieka. W pełni człowiekiem jest ten, kto nie żyje tylko życiem prywatnym (czyli idiota), ale także prowadzi bios politicos - życie w sferze publicznej, kto wychodzi na agorę.
A mnie się jednak wydaje, że nudna polityka to naturalny sposób rozwoju demokracji. Polityka po prostu nie jest na codzień potrzebna obywatelom.
Po pierwsze, nie oszukujmy się - polityki w Danii wcale nie ma. Są tylko różne sposoby zarządzania państwem. A państwo nie jest żadną tam Rzeczpospolitą, tylko po prostu wielkim gospodarstwem domowym dla 5 milionów mieszkańców. Nikomu nie zależy na agorach, a idiotami są wszyscy, z politykami włącznie. Sprawy, którymi zajmuje się rząd należą w rzeczywistości do sfery gospodarki i socjologii. Wynika to z tego, że celem państwa jest osiągnięcie bezpieczeństwa i dobrobytu dla jak największej ilości obywateli.
Cel ten jest, wbrew pozorom, bardzo skromny - państwo nie ma zamiaru obywateli wychowywać, poprawiać, wpajać im i wybijać z głowy. Państwo jest wynajęte do tego, żeby wszyscy, którzy płacą składki członkowskie (wysokie) mogli żyć dostatnio i spokojnie, a co zrobią poza tym ze swoim życiem, to już zależy od nich.
Model ten ma wiele zalet - na przykład, urzędnicy nie są przedstawicielami żadnych Wartości ani narzędziem w ręku polityków. Nie tworzy się więc Świat Urzędów z jego dziwną mentalnością. Urzędnicy są wynajęci do tego, żeby państwo działało sprawnie. Jest ich tylu, ilu potrzeba do tego celu. W związku z tym w urzędzie, gdzie są duże kolejki, czeka się na załatwienie sprawy 20 minut a pani urzędniczka może zrobić to, co powinna i wie, co powinna zrobić.
Poza tym państwo jest dosyć tolerancyjne, jeśli chodzi o wychowanie dzieci. Zachęca rodziców do udziału w życiu szkoły i rozumie, że niektórzy nie chcą posyłać dzieci na "wychowanie religijne", czy inną "edukację seksualną". Bierze też udział w finansowaniu szkół katolickich i muzułmańskich. Tutaj awantura o ministerialną listę lektur w ogóle by się nie rozkręciła, bo nauczyciele przecież i tak mogą omawiać, bo uznają za lepsze i mądrzejsze. A jak komuś z rodziców się nie podoba, to niech powie, można zmienić.
Może to wszystko wywoływać wrażenie, że Duńczycy są narodem pogańskim i prowadzą tu państwo laickie. Wrażenie to jest z pewnością częściowo prawdziwe, tzn. oni rzeczywiście traktują religię jedynie jako jeden z aspektów swojego wygodnego życia. Ale mimo wszystko "wierzą więcej, niż mówią". Państwo (czyli w praktyce: urząd) kieruje się wartościami, które można określić jako przestrzeganie Dekalogu + pozostałości protestantyzmu. Ale oni nie umieją o tym mówić. Przybysz z Polski odnosi wrażenie, że znalazł się w kraju dobrych Indian: bardzo poczciwi, ale nie do końca wiadomo, co wymyślą...
Wady oczywiście też są. Po pierwsze - jest nudno :-) Poza tym, Duńczycy są rozpaczliwie nieprzedsiębiorczy i raczej nie mają zaufania do ludzi zakładających własny, mały biznes. Jest to kraj, w którym nie można się dorobić, ponieważ wszyscy żyją z pensji i z tego, co im państwo redystrybuuje. A jak ktoś zarobi za dużo, to i tak odda to w podatku (najwyższa, trzecia stawka - 63 %). Chodzi o to, żeby wszyscy mieli sporo, ale po równo.
Znakiem innej wady systemu jest 15 000 legalnych aborcji rocznie. Wydaje się, że ta liczba spada regularnie, ale nieznacznie (o 7 tysięcy w ciągu 26 lat). Świadczy to jasno o tym, że nawet najlepsza edukacja w dziedzinie antykoncepcji nie wystarczy.

Mimo wszystko zaczynam się zastanawiać, czy rzeczywiście polityka powinna stanowić obiekt zainteresowania obywateli. Zdaje się, że w przypadku Polaków jest to zainteresowanie podobne to tego, jakim pacjent otacza bolący narząd. W demokracji i tak nie bierzemy udziału.

Dlatego nie wiem, czy koniecznie trzeba występować w polityce pod sztandarami Chrystusa - zbyt łatwo te sztandary znieważyć, zwłaszcza w sytuacji, kiedy wyborcy nie mają możliwości kontroli swojego przedstawiciela (ani nawet głosowania na konkretne i tylko te, osoby). Nie wiem, czy Bóg potrzebuje katolickich partii. Na pewno potrzebuje katolickich polityków, ale tylko niektórych. Czasem lepiej chyba wierzyć więcej, niż mówić.

wtorek, 11 września 2007

złodzieje rowerów

A żeby nie było, że w Danii jest tak pięknie: właśnie ktoś mi ukradł rower.
Kradzieże rowerów są tu bardzo częste: rocznie kradnie się ich 80 000, a bardzo niewiele udaje się odzyskać. Duńczycy podchodzą do tego dosyć serio, istnieje oczywiście specjalne stowarzyszenie Okradzionych Rowerzystów. Chodzi o to, że zaufanie do obcych jest podstawą życia społecznego - jeżeli nie masz świadomości, że obcy człowiek na ulicy nie zrobi ci nic złego, to nie żyjesz normalnie. Nie chodzi tylko o jakiś tam procent zaufania, tylko o poczucie bezpieczeństwa. Dlatego kradzieże rowerów są poważniejszym problemem, niż można przypuszczać.

Mój rower nie miał żadnej wartości finansowej, ponieważ znaleźliśmy go na ulicy bez opony, manetek i w stanie daleko posuniętego rozkładu. Okazało się, że wygląda gorzej niż jeździ i jakoś udało się go reanimować. Znalezienie roweru różni się od kradzieży, ponieważ: 1.rower znaleziony leży nieruchomo przynajmniej przez kilka dni (należy obserwować), 2. jest niesprawny 3. nie ma zamka. Czasem ktoś po prostu ma dosyć swojego starego roweru i porzuca go na ulicy. Policja zbiera takie graty i sprzedaje na aukcjach, ale przeważnie po prostu wyrzuca.

poniedziałek, 10 września 2007

co to jest polityka prorodzinna?

W Polsce coś takiego ma podobno istnieć, a niektórzy twierdzą, że już istnieje. Tych, którzy widzieli ją na własne oczy nie ma jednak zbyt wielu. Poza tym nie wszyscy zgadzają się co do tego, czy taka polityka jest w ogóle potrzebna. Pro-rodzinnością zajmuje się komórka w departamencie ds. Kobiet, Rodziny i Przeciwdziałania Dyskryminacji, a departament jest w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej.
W Danii inaczej, nie ma polityki pro-rodzinnej, tylko rodzinna. Za to jest. Zajmuje się nią Ministerstwo Spraw Rodzinnych i Konsumenckich (też dobre). Polega na tym:

Family policy is intended to support and develop the framework on which families depend, so that they can make their own choices and shoulder the responsibility for the choices they make. Family policy is intended to support the soundness of families, and ensure them freedom and a range of options, thereby creating a society characterised by wellbeing and growth.
(Raport Ministerstwa o polityce rodzinnej z listopada 2005).

W praktyce duńscy podatnicy (bo nie chodzi o obywatelstwo ani narodowość, ale o podatki) spotykają się w ową polityką w następujących sytuacjach:
1. Becikowe: wypłacane jednorazowo, przez gminę, rodzicom wszystkich noworodków. Tak samo jak w Polsce
2. Dodatek na dziecko: wysokości od 1500 do 820 koron miesięcznie, w zależności od wieku dziecka (im młodsze, tym więcej). Niezależnie od dochodów rodziców. To nie jest wielka suma, ale wystarcza pewnie na buty i mleko (każdy Duńczyk ma pić pół litra mleka dziennie :-)). Dodatek jest większy, jeżeli dziecko jest sierotką, albo rodzice są emertytami.
3. Urlop rodzicielski. Przysługuje rodzicom, którzy płacą składkę na ubezpieczenie od bezrobocia - czyli w praktce wszystkim. Nie ma organiczeń dla ojców.
4. Dodatek wychowawczy. Wypłacany miesięcznie rodzicom, którzy nie chcą posyłać dziecka do przedszkola. Jego wysokość wynosi 85 % kosztów pobytu dziecka w przedszkolu w danej gminie.
5. Grant dla bliźniaków. Wysokości 800 koron miesięcznie do ukończenia przez dzieci 7 lat. Również w przypadku adopcji bliźniaków.
6. Dodatek dla rodziców-singli. 369 koron miesięcznie.
7. Dodatek dla studiujących rodziców. 5800 koron rocznie.
8. Dodatek dla rodziców dzieci niepełnosprawnych.
9. i inne, w razie potrzeby wypłacane przez gminę.
Wszystkie te świadczenie dotyczą każdego dziecka z osobna, im więcej dzieci, tym lepiej.
Najniższa miesięczna pensja pracownika zatrudnionego na pełny etat wynosi jakieś 12 tysięcy koron netto, a podatki - drugie tyle.
Ponieważ podatki i rozmaite składki są bardzo wysokie, pieniądze wypłacane rodzinom przez państwo nie są traktowane jako zapomoga, tylko jako zwrot części tych pieniędzy, które wcześniej wrzuciło się do wspólnej kasy. Zwrot dostają ci, którzy przyczyniają się do rozmnażania społeczeństwa.
Oczywiście, wysokie podatki są warunkiem prowadzenia tego rodzaju polityki.
Poza tym polityka rodzinna dotyczy też adopcji, rozwodów, przedszkoli i szkół.
W ogóle problem demografii jest w Danii szalenie istotny. Dziś w gazecie pisali, że celem rządu jest zwiększenie ilości dzieci z 1,8 do 2,1 na 1 kobietę. Informacja zilustrowana zdjęciem księżniczki Mary, która już jest lepsza od średniej, bo urodziła 2,0. Codziennie zresztą są jakieś informacje na temat demografii i ułatwiania życia rodzinom.
Idea, która stoi za tym całym zaangażowaniem jest bardzo prosta: dla człowieka najlepszym środowiskiem jest rodzina. Jeżeli chcemy być zamożnym i szczęśliwym krajem, to musimy ułatwić ludziom optymalny rozwój. Warunkiem przeżycia kraju jest dodatni przyrost naturalny. I to należy osiągnąć.
Wydaje się, że Duńczycy w ogóle nie potrzebują do tego idei lewicowych ani prawicowych, ani nawet wartości duchowych. Chyba kierują się rozumem naturalnym. Ale to już inna historia...

sobota, 8 września 2007

societas Danorum

Jesteśmy w Danii już 2 miesiące i jeszcze nie należymy do żadnego stowarzyszenia. Ale to się pewnie szybko zmieni... Tutaj wszyscy są stowarzyszeni i uspołecznieni, i jeżeli pojawia się jakiś problem, rozmaite oddolne ruchy starają się go rozwiązać.
Przykładem może być reakcja mieszkańców Norrebro na zeszłosobotnią zadymę: w czwartek odbyły się dwie już dwie manifestacje - marsz punków i marsz mieszkańców Norrebro, którzy protestowali przeciwko chuligaństwu i niszczeniu naszej okolicy. Na początku wszyscy odnosili się do zbuntowanej młodzieży z sympatią, ale wybijanie szyb i płonące śmietniki - to za dużo. Mieszkańcy nie życzą sobie tutaj kolejnego Domu Młodych.
Rzecznik punków powiedział, że oni przepraszać nie będą i że niczego nie żałują.
Ciekawe jest to, że ludzie zorganizowali się w ciągu 5 dni i są w stanie walczyć o swoje interesy.

Drugi przykład uspołecznienia: okazało się, że materiały do produkcji bomby można kupić w każdej drogerii. Drogerie w Danii to sieć Matas, która ma sklep na każdej ulicy. Nasz sąsiad terrorysta kupił sobie chemikalia właśnie tam. A wczoraj przedstawiciele Matasa ogłosili, że każdy, kto będzie chciał kupić więcej niż 2 butelki acetonu, albo innego środka, który może być niebezpieczny, zostanie zarejestrowany przez sklep. Decyzję podjęto w ciągu 4 dni: nie ma problemu z ustawą o ochronie danych, nie ma protestów prasy.

Powiedziałam naszej znajomej Dunce, że bardzo mi się podoba to, jak oni trzymają się razem, bo my w Polsce jesteśmy raczej indywidualistami. Ona na to, że Duńczycy należą do stowarzyszeń, ale i tak są samotni. I jak potrzebują się pozwierzać, to muszą iść do specjalisty, bo nie wypada zawracać głowy przyjaciołom.

środa, 5 września 2007

słodki chłopak

Dzisiaj znów jesteśmy w centrum wydarzeń i znów komentarze w prasie nieco dziwne. Na ulicy obok mieszkał sobie pewien taksówkarz, który okazał się być członkiem Al Kaidy. Policja aresztowała go zeszłej nocy, co oczywiście widział mój Mąż.
Komentarz w Rzepie wygląda następująco:

Al Kaida w spokojnej Danii

Piotr Kościński

Osiem osób powiązanych z al Kaidą zatrzymano w Danii, znaleziono też niebezpieczny materiał wybuchowy. Spokojna zazwyczaj Dania jest zszokowana.
Jak powiedział na konferencji prasowej w Kopenhadze szef duńskich służb specjalnych PET Jakob Scharf, w nocy z wtorku na środę policja przeprowadziła akcję zakrojoną na dużą skalę, przeszukując jedenaście lokali w rejonie Kopenhagi. Według Scharfa, pierwszy raz w Danii wykryto grupę bezpośrednio powiązaną z organizacją Osamy bin Ladena. PET rozpracowywał ją od kilku miesięcy, współpracując z innymi wywiadami.
Jak pisała duńska gazeta „Berlingske Tidende", sześciu zatrzymanych to obywatele Danii, a dwóch pozostałych – cudzoziemcy. Są to osoby pochodzenia afgańskiego, pakistańskiego, tureckiego i somalijskiego w wieku 19 – 29 lat. Postawiono im zarzut z tak zwanego artykułu terrorystycznego kodeksu karnego.
Po południu pojawiła się natomiast informacja, że podczas przeszukania w jednym z kopenhaskich mieszkań znaleziono bardzo silny materiał wybuchowy TATP, znany też jako „matka szatana". Potwierdził to szef PET, mówiąc, że terroryści chcieli go wykorzystać do wytwarzania bomb o dużej sile.
TATP jest tak niebezpieczny, że policjanci zdecydowali się na ewakuację mieszkańców ulicy Glasvej na północnym zachodzie duńskiej stolicy, gdzie znajdował się lokal terrorystów. TATP był użyty m.in. podczas zamachów terrorystycznych w londyńskich środkach komunikacji w 2005 r.
Dania była do tej pory krajem otwartym dla uchodźców, dlatego też mieszka tu wielu przybyszy z krajów muzułmańskich.

Wojtek jechał do pracy o 5.30 i widział policję na Glasvej, ale nie wiedział, o co chodzi, bo ekipa chemiczna już zniknęła (dziennikarzy nie było, bo, jak wspomniano wyżej, oni nie zaczynają przed 9.00. Ja ich spotkałam o 14.00).
Oczwiście info znowu jest troszkę rozdmuchane - spokojna zazwyczaj Dania wcale nie jest zszokowana, bo oni i tak w żadne spiski nie wierzą. Panuje raczej zdziwienie i niesmak.
Nie ewakuowano całej Glasvej, tylko jeden dom - ten, w którym mieszkał aresztowany. Oczywiśie nie był to żaden "lokal terrorystów", tylko mieszkanie jego rodziców.
Najdziwniejsze jest to, że w ogóle coś się wydarzyło na Glasvej - to jest mała uliczka, na rogu mamy zieleniak "Jeruzalem". Teraz niektórzy pewnie zaczną się zastanawiać, czy Hasan z zieleniaka też jest terrorystą...
Sąsiad terrorysty mówi, że to był "słodki chłopak, każdemu pomagał: sąsiadkom, które miały ciężkie zakupy, nosił torby". Był wierzący, ale żaden tam fanatyk, hołdował modzie hiphopowej.
Ojciec zatrzymanego też jest w szoku, mówi, że oni są w Danii już 30 lat i nigdy nie mieli żadnych kłopotów.
Glasvej to nie żadne getta ani slumsy, zupełnie normalna ulica, prostopadła do naszej głównej Frederiksundvej. Dom terrorysty to trzypiętrowa kamienica, 4 klatki schodowe, mieszkają tam sami Arabowie i Czarni.
Na naszej ulicy jest też arabska podstawówka i Fundacja Muzułmańska, gdzie jest ich dom modlitwy. Pan z Fundacji też był zszokowany i mówił gazecie, że oni sobie zdają sprawę z tego, że młodzież czasem popada w ponure nastroje (poczucie wykorzenienia, strach przed Zachodem), ale nigdy by nie przypuszczał, że do tego stopnia. I że chyba będą musieli coś z tym zrobić...
Pozostaje pytanie, jak ów młody taksówkarz, słodki przyjaciel sąsiadek, wszedł w kontakt z Al-Quaidą ? (bo podobno wszedł, to już 2 raz, jak został zatrzymany i ponoć są dowody - w piwnicy miał magazyn chemikaliów. Ale jestem pewna, że zabezpieczyli też Domestos jego matki :-)
Sprawa nie ma tak oczywistego tła społecznego jak terroryzm w innych krajach zachodnich - w Danii nie ma slumsów, nie ma izolowania Arabów, jeżeli ktoś się izoluje, to na własne życzenie. Nikt nie powinien mieć trudności ze znalezieniem pracy, zwłaszcza, jeżeli zna duński, a on zna, bo tu się urodził. Studia są bezpłatne, a jak kogoś nie stać na utrzymywanie się w trakcie studiów, może dostać stypendium od państwa.
W gazetach piszą, że przyczyną spiskowania jest to, że Dania ma wojska w Iraku, a w zeszłym roku wydarzyła się ta historia z karykaturami Mahometa w gazecie. Ale mnie się wydaje, że to nie ma nic do rzeczy. Po prostu jest ktoś, komu zależy na praniu mózgu takim chłopakom w całej Europie.
Może to przypadek, a może nie - w zeszłym tygodniu w Kopenhadze odbywał się zjazd islamskiej partii
Hizb ut-Tahrir, która tutaj działa legalnie, ale w kilku eurpejskich krajach jest zdelegalizowana, ponieważ nawołuje do świętej wojny z Zachodem i chce w Europie pozakładać kalifaty. Ma milion członków.
W sumie ta sytuacja jest dla nas wszystkich dosyć abstrakcyjna, bo trudno sobie wyobrazić, że twój sąsiad produkuje w piwnicy "matkę szatana". Nie można popadać w histerię, bo Duńczycy zaczną bać się muzułmanów, a to byłoby okropne - większość z nich to po prostu rodziny, które szukają tutaj spokoju i lepszej pracy. Muzułmanie mają podobne marzenie jak katolicy: żeby mąż był w stanie z jednej pensji utrzymać żonę i trochę dzieci. Prosta sprawa. I wierzę temu ojcu, który mówi, że nic nie wie o morderczych skłonnościach synka.
Z drugiej strony społeczeństwo duńskie jest naiwne do bólu, w ogóle nie wierzą w żadne przestępstwa i szajki. Całe szczęście mają policję, która wierzy.
Być może spiski Arabów to druga strona tego samego zjawiska, które spowodowało zadymę na ulicy w sobotę - młodzież się nudzi. Oni tu naprawdę dostają wszystko, a niczego nie muszą zdobywać. Masowe rozpieszczanie. Za dużo słodkiego. I w końcu taki "słodki chłopak" produkuje bombę...

poniedziałek, 3 września 2007

zamieszki, czyli jak powstają wiadomości

Mieliśmy tutaj w nocy bitwę punków z policją, która była szeroko komentowana w mediach, także polskich. Wyborcza, TVN, Wiadomości i kilka innych stacji i gazet powtórzyły właściwie bez żadnych zmian nius agencji Reutersa. Wygląda on tak:

Kopenhaga: barykady i płonące auta

W starcia policji z chuliganami przerodziła się w niedzielę nad ranem demonstracja upamiętniająca wyburzenie przez władze kopenhaskiego Domu Młodych. Na ulicach pojawiły się barykady i płonęły auta. Policja zatrzymała przeszło 50 osób.


Manifestację zorganizowała młodzież z dzielnicy Norrebro, gdzie przez szereg lat w dawnej siedzibie teatru funkcjonowało nieoficjalne centrum młodzieżowe (tzw. squat), popularne w środowiskach anarchistycznych i lewicowych. W marcu tego roku władze eksmitowały nielegalnych mieszkańców i wyburzyły budynek.

Sobotnia manifestacja młodzieży miała stanowić przypomnienie wydarzeń z początku marca. W nocy protest przeistoczył się chwilowo w zamieszki, policja użyła gazu łzawiącego w odpowiedzi na coraz bardziej agresywne zachowanie demonstrantów. Młodzi zaczęli podpalać auta, wybijać witryny sklepowe i wznosić uliczne barykady. Sytuacja została opanowana w niedzielę o świcie.

Według oficera Gunnara Noeragera z policji, „dzielnica Norrebro jest kompletnie spalona, rozbito wiele wystaw, a sklepy zostały zrabowane".

Zarówno eksmisja 1 marca dzikich lokatorów centrum młodzieżowego, jak i późniejsze o kilka dni wyburzenie budynku doprowadziły w Kopenhadze do kilkudniowych rozruchów. Zbuntowana młodzież podpalała wówczas samochody, rzucała kamieniami i koktajlami Mołotowa, wznosiła barykady. Policja zatrzymała wówczas w sumie około 700 osób.

Rzecznik kopenhaskiej policji Mads Firlings ocenił, że młodzież chciała pokazać, że choć minęło już pół roku od zburzenia Domu Młodych, oni o tym nie zapomnieli.


Natomiast naprawdę było tak:
Tak się składa, że mieszkamy w "kompletnie spalonej dzielnicy Norrebro", więc mieliśmy wszystko na bieżąco. Wojtek jeździł rikszą w nocy z soboty na niedzielę. Kiedy wyjeżdzał ok 22,30 nic nie zapowiadało punkowej manifestacji. Manifestacje tutaj się zdarzają - polega to na tym, że młodzież wznosi okrzyki i maszeruje, wkoło zburzonego domu, a policja stoi wtedy na każdym rogu w śródmieściu i w Norrebro. Manifestacja odbywa się wieczorem, ale niezbyt późnym, żeby prasa, turyści i ludność mogli uczestniczyć - dobrą porą jest godzina 20.00. Tym razem nic takiego się nie działo. O 22.30 cisza. Rikszarze też nic nie wiedzieli o manifestacji, a zwykle jednak wiedzą (to małe miasto, bez przerwy spotyka się kogoś znajomego).
Kiedy tenże sam mój małżonek wracał do domu o 6.30 rano, zobaczył krajobraz apokaliptyczny, ale była to raczej mała apokalipsa, niedorównująca strasznemu niusowi: na głównej ulicy naszej dzielnicy, Norrebrogade, było więcej śmieci niż zwykle. Dziwnie wyglądał 300 metrowy odcinek ulicy - dogasające śmietniki, mnóstwo strażaków i śmieciarzy sprzątało spychaczami barykady (prawdziwe, płonące barykady). Wybite szyby w niektórych sklepach. Mnóstwo kamieni i szkła. Mąż kupił sobie piwo u całodobowego Araba (czynny!) i dowiedział się, że to anarchiści i punki stoczyli bitwę z policją.
Kiedy wieczorem jechaliśmy do kościoła, wszystko było pozamiatane. Na jezdni ślady płonących barykad, oraz liczne grafiti "69" (Dom Młodzieży stał przy Norrebrogade 69). Szyby wybite w: MacDonaldzie (dostał też dwiema puszkami z farbą), supermarkecie Kviklcy, supermarkecie Irma (drogi sieciuch) i kilku innych. Nie wyglądało to na bezładny szał chuligański, tylko na planową akcję - sklepy małe, skromne i niesieciowe (np arabski kiosk) nie dostały. Macdonald był kompletnie zdemolowany. Aha, sklep zoologiczny dostał, ale tylko raz i chyba przypadkiem. Nie nastąpiło wyzwolenie królików i kanarków...
Bruk wyrwany, gdzie się dało. Użyty do rzucania w policję, jak sądzę.
Pomyśleliśmy sobie, że to nieprzyjemne, bo teraz wszyscy na Norrebrogade pozakładają sobie ochronne rolety z blachy, a to już nie to samo...
A tymczasem dzisiaj dowiaduję się z polskiej gazety, że mieszkam w kompletnie spalonej dzielnicy...
Wnioski:
1. Sprawa dotyczy fragmentu jednej ulicy, blisko zburzonego domu. Poza tym - kompletna cisza i spokój.
2. Nie było żadnej manifstacji, która spontanicznie "przerodziła się" - to była zaplanowana bitwa z policją. 10 barykad nie "pojawia się" samo w ciągu 5 minut.
3. nie płonęły żadne auta. Celem agresji nie były bowiem pojazdy mechaniczne, tylko policja.
4. akcji nie zorganizowała "młodzież z dzielnicy Norrebro", która w 1/3 jest czarna i arabska i nie obcgodzi jej Dom Młodzieży, tylko anarchiści i punki.
5. "zrabowano" 1 sklep, tę nieszczęsną Irmę. To właściwie nie jest supermarket, tylko drogie delikatesy. Ale w każdym razie wiadomo, dlaczego - Irma symbolizuje globalizację, wyzysk człowieka przez człowieka, mieszczańską kulturę itd. Podobnie MacDonald, niestety, ma pecha, bo znajduje się na placyku, tzw. Norrebro Rundel, gdzie toczyła się cała akcja.

Niusowi towrzyszą też apokaliptyczne zdjęcia pożarów i strażaków uwijających się na zgliszczach. Zdjęcie małe, jakość papieru gazetowego kiepska, ale kiedy przyjrzeć się bliżej widać, że zgliszcza to śmietniki, a dramatyczne światła - raczej latarnie, niż pożary. Szczyt pomysłowości osiągnął reporter z Nyhedsavisen - duńscy reporterzy nie wstają przed 8.00 rano, więc on nie miał szans na ciekawe zdjęcia - kiedy przybył na miejsce, było po wszystkim. Na zdjęciach widać więc młodych ludzi, których najwyraźniej poproszono, żeby biegali między spalonymi wózkami z Irmy.

I tak to wyglądają wiadomości z kraju i ze świata. Nikt się nie zastanawiał nad prawdziwymi przyczynami tego, co się zdarzyło. Zresztą te przyczyny nie są zbyt skomplikowane - punków trochę nosi, a Dania to policyjne państwo.
Serdecze pozdrowienia z płonących gruzów.