piątek, 14 września 2007

Dobrzy Indianie

Duńska polityka jest nudna - w tej chwili oni też przygotowują się do przyspieszonych wyborów, ale nikogo to właściwie nie obchodzi. Nie bardzo też wiem, dlaczego te wybory urządzają, bo z pewnością nie dlatego, że wszyscy się kłócą i parlament nie jest w stanie działać (o tym, co się dzieje u nas, naród duński słucha z rozbawieniem, bo i tak nie wierzą).
Są tu partie, które podobnie jak w Polsce, nazywają się odwrotnie do tego, co robią: np. socjaliści chcą odbniżenia podatków, a liberałowie - podwyższenia.
Gazety poświęceją polityce jakieś 10 procent uwagi.
Oczywiście, można popatrzeć na nich z politowaniem - biedny, chłopski lud, pozbawiony zmysłu politycznego, który to zmysł świadczy przecież o samodzielności i dojrzałości człowieka. W pełni człowiekiem jest ten, kto nie żyje tylko życiem prywatnym (czyli idiota), ale także prowadzi bios politicos - życie w sferze publicznej, kto wychodzi na agorę.
A mnie się jednak wydaje, że nudna polityka to naturalny sposób rozwoju demokracji. Polityka po prostu nie jest na codzień potrzebna obywatelom.
Po pierwsze, nie oszukujmy się - polityki w Danii wcale nie ma. Są tylko różne sposoby zarządzania państwem. A państwo nie jest żadną tam Rzeczpospolitą, tylko po prostu wielkim gospodarstwem domowym dla 5 milionów mieszkańców. Nikomu nie zależy na agorach, a idiotami są wszyscy, z politykami włącznie. Sprawy, którymi zajmuje się rząd należą w rzeczywistości do sfery gospodarki i socjologii. Wynika to z tego, że celem państwa jest osiągnięcie bezpieczeństwa i dobrobytu dla jak największej ilości obywateli.
Cel ten jest, wbrew pozorom, bardzo skromny - państwo nie ma zamiaru obywateli wychowywać, poprawiać, wpajać im i wybijać z głowy. Państwo jest wynajęte do tego, żeby wszyscy, którzy płacą składki członkowskie (wysokie) mogli żyć dostatnio i spokojnie, a co zrobią poza tym ze swoim życiem, to już zależy od nich.
Model ten ma wiele zalet - na przykład, urzędnicy nie są przedstawicielami żadnych Wartości ani narzędziem w ręku polityków. Nie tworzy się więc Świat Urzędów z jego dziwną mentalnością. Urzędnicy są wynajęci do tego, żeby państwo działało sprawnie. Jest ich tylu, ilu potrzeba do tego celu. W związku z tym w urzędzie, gdzie są duże kolejki, czeka się na załatwienie sprawy 20 minut a pani urzędniczka może zrobić to, co powinna i wie, co powinna zrobić.
Poza tym państwo jest dosyć tolerancyjne, jeśli chodzi o wychowanie dzieci. Zachęca rodziców do udziału w życiu szkoły i rozumie, że niektórzy nie chcą posyłać dzieci na "wychowanie religijne", czy inną "edukację seksualną". Bierze też udział w finansowaniu szkół katolickich i muzułmańskich. Tutaj awantura o ministerialną listę lektur w ogóle by się nie rozkręciła, bo nauczyciele przecież i tak mogą omawiać, bo uznają za lepsze i mądrzejsze. A jak komuś z rodziców się nie podoba, to niech powie, można zmienić.
Może to wszystko wywoływać wrażenie, że Duńczycy są narodem pogańskim i prowadzą tu państwo laickie. Wrażenie to jest z pewnością częściowo prawdziwe, tzn. oni rzeczywiście traktują religię jedynie jako jeden z aspektów swojego wygodnego życia. Ale mimo wszystko "wierzą więcej, niż mówią". Państwo (czyli w praktyce: urząd) kieruje się wartościami, które można określić jako przestrzeganie Dekalogu + pozostałości protestantyzmu. Ale oni nie umieją o tym mówić. Przybysz z Polski odnosi wrażenie, że znalazł się w kraju dobrych Indian: bardzo poczciwi, ale nie do końca wiadomo, co wymyślą...
Wady oczywiście też są. Po pierwsze - jest nudno :-) Poza tym, Duńczycy są rozpaczliwie nieprzedsiębiorczy i raczej nie mają zaufania do ludzi zakładających własny, mały biznes. Jest to kraj, w którym nie można się dorobić, ponieważ wszyscy żyją z pensji i z tego, co im państwo redystrybuuje. A jak ktoś zarobi za dużo, to i tak odda to w podatku (najwyższa, trzecia stawka - 63 %). Chodzi o to, żeby wszyscy mieli sporo, ale po równo.
Znakiem innej wady systemu jest 15 000 legalnych aborcji rocznie. Wydaje się, że ta liczba spada regularnie, ale nieznacznie (o 7 tysięcy w ciągu 26 lat). Świadczy to jasno o tym, że nawet najlepsza edukacja w dziedzinie antykoncepcji nie wystarczy.

Mimo wszystko zaczynam się zastanawiać, czy rzeczywiście polityka powinna stanowić obiekt zainteresowania obywateli. Zdaje się, że w przypadku Polaków jest to zainteresowanie podobne to tego, jakim pacjent otacza bolący narząd. W demokracji i tak nie bierzemy udziału.

Dlatego nie wiem, czy koniecznie trzeba występować w polityce pod sztandarami Chrystusa - zbyt łatwo te sztandary znieważyć, zwłaszcza w sytuacji, kiedy wyborcy nie mają możliwości kontroli swojego przedstawiciela (ani nawet głosowania na konkretne i tylko te, osoby). Nie wiem, czy Bóg potrzebuje katolickich partii. Na pewno potrzebuje katolickich polityków, ale tylko niektórych. Czasem lepiej chyba wierzyć więcej, niż mówić.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

rozumiem, że to jest część odpowiedzi na moje pytanie co sądzisz na temat koalicji PR z LPR?

Piotr Kaznowski pisze...

emilia, musisz obejrzec "ekipę" holland - to bedzie serial twojego zycia ;-)