piątek, 28 grudnia 2007

nago w szafie

W związku z powtarzającymi się sugestiami p. red. Kaznowskiego, że Duńczycy to naród nieokrzesany, który sypia nago w szafach, czuję się zmuszona udzielić źródłowych wyjaśnień.
P. red. czerpie informacje z pamiętników Jana Chryzostoma Paska. Pasek odwiedził Danię jako żołnierz w roku 1658, w czasie wojny ze Szwedami. Polacy udzielili wtedy bratniej pomocy Danii, również obleganej przez wojska szwedzkie. Pasek opisuje to, co najważniejsze: jedzenie, trunki i kobiety. Jego relacja jest jednak przychylna, w Danii najwyraźniej mu się podobało, a szafy to taka ciekawostka z podróży, więc proszę nie przykłdać do nich zbytniej wagi.
W kwestii jedzenia: Prowadzono z czat wszelakich prowiantów wielką obfitość, bydeł dosyć, owiec; dostał kupić wołu dobrego za bity talar, dwa marki duńskie; miodów praśnych wielką wieziono obfitość, bo po polach lada gdzie przestrone pasieki, a wszystko pszczoły w słomianych pudełkach, nie w ulach; ryb wszelakiego rodzaju podostatkiem, chleba siła, wińsko złe, ale zaś petercymenty i miody dobre; drew o male, ziemią rzniętą a suszoną palą, z której wągle będą takie, jako z drew dębowych nie mogą foremniejsze; jeleni, zajęcy, sarn nad zamiar i bardzo płoche, bo się go nie kożdemu godzi szczwać. Co też i nadal jest aktualne, z wyjątkiem "złego wińska" - wińsko importowane, to i dobre. Ale własna tylko podejrzana wiśniówka. Poza tym - dostatek i ekologiczne rolnictwo.
Lud też tam nadobny; białogłowy gładkie i zbyt białe, stroją się pięknie, ale w drewnianych trzewikach chodzą wieskie i miesckie. Gdy po bruku w mieście idą, to taki uczynią kołat, co nie słychać, kiedy człowiek do człowieka mówi; wyższego zaś stanu damy to takich zażywają trzewików jako i Polki. W afektach zaś nie tak są powściągliwe jako Polki, bo lubo zrazu jakąś niezwyczajną pokazują wstydliwość, ale zaś za jednym posiedzeniem i przymówieniem kilku słów zbytecznie i zapamiętale zakochają się i pokryć tego ani umieją: ojca i matki, posagu bogatego gotowiusieńka odstąpić i jechać za tym, w kim się zakocha, choćby na kraj świata. Łóżka do sipienia mają w ścianach zasuwane tak jako szafa, a pościeli tam okrutnie siła ścielą. Nago sypiają, tak jako matka urodziła, i nie mają tego za żadną sromotę, rozbierając się i ubierając jedno przy drugiem, a nawet nie strzegą się i gościa, ale przy świecy zdejmują wszystek ornament; a na ostatku i koszulę zdejmie i powiesza to wszystko na kołeczkach, i dopiero tak nago, drzwi pozamykawszy, świecę zagasiwszy, to dopiero w owę szafę włazie spać. Kiedyśmy im mówili, że to tak szpetnie, u nas tego i żona przy mężu nie uczyni, powiedały, że "tu u nas nie masz żadnej sromoty i nie rzecz jest wstydzić się za swoje własne członki, które Pan Bóg stworzył". Na to zaś nagie sypianie powiedają, że "ma dosyć za swe koszula i inszy ubiór, co mi służy przez dzień i okrywa mię; powinna też przynajmniej w nocy mieć swoją ochronę, a do tego co mi po tym robaki, pchły brać z sobą na nocleg do łóżka i dać się im kąsać, mając od nich w smacznym spaniu przeszkodę!" Rożne niecnoty wyrabiali im nasi chłopcy, ale przecie nie przełamano zwyczaju.
Co też jest poniekąd aktualne: Skandynawowie nie mają w zwyczaju wstydzić się "członków, które Pan Bóg stworzył". Słyszałam o problemie, który powstał w jednej z tutejszych szkół - pewien chłopiec pochodzenia tureckiego nie chiał rozbierać się przy wszystkich, żeby wziąc prysznic po gimnastyce. Cała klasa myje sie w szkolej łazience, którą wyposażono w natryski, ale nie pomyślano o zasłonkach, bo po co. Powstał problem pedagogiczny - czy zmuszać tego chłopca do rozbierania się publicznie, czy też zainstalować zasłonki. Zmuszać - niedobrze, przecież dla dziecka to straszne przeżycie. Zasłaniać - też niedobrze, bo pozostałe dzieci nabiorą niezdrowego stosunku do swoich "członków, które Pan Bóg stworzył". Nie wiem, jak sprawa się skończyła, ale dyskusja w szkole była gorąca - chodziło w końcu o integrację i wielokulturowe społeczeństwo.

piątek, 21 grudnia 2007

RSS

Można zamówić wiadomości o nowych postach - link jest na samym dole, pod pierwszym postem.

czwartek, 20 grudnia 2007

Porcelana

Co prawda dowiedziałam się dziś, że rząd ma zamiar umożliwić gejom adoptowanie dzieci z zarganicy (z Danii już mogą, ale nie ma duńskich sierotek, bo jest aborcja), ale nie ma sensu poświęcać temu posta, zwłaszcza przy Adwencie.
Natomist wczoraj był wielki dzień, bo kupiliśmy sobie bardzo piękny serwis, czy też raczej początek serwisu (8 talerzy, salaterka i dzbanuszek na wykałaczki). Z tej okazji wypada napisać o narodowym przemyśle, sporcie i sztuce Duńczyków, to jest - porcelanie. Może to i niepoważny sport, ale nas już wciągnęło.
Są w Kopenhadze dwie główne fabryki porcelany: Royal Copenhagen oraz Bing&Grondal. Jakiś czas temu połączyły się, jak Carlsberg i Tuborg, ale wśród narodu dalej trwa przekonanie o różnicy. Coś jak Legia i Polonia, ale bez rękoczynów. Jednakże pytanie: "za kim jesteś" wciąż rodzi niejakie dylematy.
Chodzi o porcelanę, czyli nie porcelit i nie fajans, innymi słowy - o dziedzinę sztuki użytkowej.
Sztuka to bardzo piękna, bo skromna. Talerz nie wymaga podziwiania go w gablocie. Nie potrzeba mu także katalogu z opisem (dlaczego zachwyca? A co jeśli nie zachwyca?). Liczy się tylko dzieło - projektant przeważnie nie podpisuje się na nim. Malarze (ci, którzy malują kwiatki, innymi słowy) zostawiają czasem swoje inicjały na spodzie figurki czy filiżanki. Ale te inicjały nic nie znaczą dla tego, kto cieszy się porcelaną.
Ciekawie jest porównać kilka egzemplarzy tego samego wzoru, wykonanych przez różnych twórców - przede mną stoi mały ptaszek (rudzik, w literaturze fachowej zwany "tłustym rudzikiem", wzór 2266, w odróżnieniu od drugiego rudzika produkowanego przez Royal Copenhagen). Kiedy patrzę na zdjęcia innych "tłustych rudzików" widzę, że żaden z nich nie wygląda dokładnie tak, jak mój: Kolor oczu, nasycenie barwy piór - małe różnice, które sprawiają, że figurka nie jest tylko produktem przemysłu, ale niepowtarzalnym dziełem rzemiosła.
Rudzik opuścił fabrykę w roku 1968. Poznać to można po kresce nad literą A w słowie DENMARK, które stanowi część logo fabryki. Logo fabryki znajduje się na spodzie każdego porcelanowego czy w ogóle ceramicznego naczynia. Poza identyfikacją miejsca produkcji może służyć też określeniu daty produkcji, modelu i wariantu, projektanta i malarza, grupy kolorystycznej produktów, sortu (1 sort to wyroby bez błędów, 2 - z małymi usterkami, 3 zdarza się rzadko). Np. Royal Copenhagen oznacza 2 sort przez zadrapanie szkliwa na trzech niebieskich falach - symbolu fabryki.
Ale nie zawsze trzeba patrzeć na dno, żeby określić, kto wyprodukował przedmiot - każda fabryka ma swój niepowtarzalny styl, nie do pomylenia z innymi. Kopenhaska porcelana znana jest z delikatnych, pastelowych kolorów i zamglonych wzorów malowanych pod szkliwem. Opis mówi mało, ale zdjęcia niewiele więcej. Oczywiście, można zobaczyć mnóstwo zdjęć, ale podobnie, jak w przypadku rzeźby, chodzi tu o wrażenia odczuwane dotykiem oraz o skalę, a tego nie sposób sfotografować.

Porcelana jest także sztuką szczególnie wrażliwą na historię - dlatego nie ma jej zbyt wiele w Polsce. W Polsce mamy jedynie historię porcelany. Jest to historia nie byle jaka, o czym można się przekonać chociażby w muzeum secesji w Płocku, ale dziś większość tamtych fabryk już nie istnieje. Wojnę mogłyby przeżyć, komunizmu - nie.
To, co wyprodukowano przed wojną, wytłukło się dawno temu. Bo kto zabierałby z płonącego domu serwis czy figurkę? Inne przedmioty mają większe szanse przetrwania - srebro i złoto ma wartość nawet dla barbarzyńcy, obrazy łatwo wyjąć z ram i ukryć, muzyka przeżyje razem z muzykiem. Porcelana zginęła pod butami wszystkich przechodzących przez Polskę armii.
Przez Danię ostatnie armie przechodziły chyba w średniowieczu. Za czasów Napoleona działo się to i owo, ale nie trzeba było uciekać z domów, kredensy przetrwały. Przetrwały też Hiltera i Stalina. Porcelana to sztuka spokojnych krajów i tych, którzy zwyciężają: Chińczyków, Niemców, Anglików.


Dla tych, których zainteresowało mieszczańskie hobby państwa Żochowskich - kilka linków stron do naszych ulubionych fabryk:
Royal Copenhagen i Bing & Grondahl
Norweska porcelana, surowa i bardziej rustykalna od duńskiej - Porsgrund
Nowoczesna fińska ceramika i szkło - IIttala
Ćmielów - nie podaję linka do strony, bo to, co produkują teraz to w większości wstyd i hańba. Link do allegro - głównie ze względu na serię pięknych, nowoczesnych figurek zwierząt.
Z Chodzieżą też stało się coś bardzo złego, więc w ogóle nie podaję linku. Produkują z zapałem złe kopie niemieckiej porcelany, np. Rosenthala.
I jeszcze Wedgwood - angielska fabryka.

piątek, 14 grudnia 2007

Teolog

Bardzo przepraszam czytelników za nieobecność bloga przez ostatnie dni. Była to przerwa techniczna, której potrzebowałam na przemyślenie tego i owego, a szczególnie sposobu, w jaki przedstawiam się w okienku "o mnie" - otóż jest tam napisane, że z wykształcenia jestem teologiem. Fakt ten (mojego przedstawiania się jako teolog) wzbudził ostatnio pewne zamieszanie wsród czytelników bloga i dyskusja przeniosła się w real, w związku z tym wyjaśniam wszystkim miłym gościom:
1. rzeczywiście mam prawo posługiwać się tytułem mgr lic. nauk teologicznych. Prawo to przyznał mi Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Jak dobrze pójdzie, to za dwa lata będę dr.
2. Absolwent polonistyki to polonista, historii - historyk, a teologii - teolog.
3. Praca i badania naukowe teologa wymagają mądrości i świętości życia, czym różnią się od pracy polonisty czy historyka.
4. Ja, niestety, jestem dopiero czeladnikiem w sztuce teologii. Za wszystkie wpadki i wstydliwe błędy z góry przepraszam.
5. Całe szczęście niniejszy blog nie dotyczy teologii. Wręcz stara się omijać tego rodzaju zagadnienia (patrz punkt poprzedni). W ogóle nie chcę się mądrzyć publicznie na temat nauki Kościoła.
Jeżeli już nie będę mogła się powstrzymać, komenatarze teologiczne będę publikować pod pseudonimem (np. "kicia_24") a nie pod własnym nazwiskiem.

wtorek, 4 grudnia 2007

Samokrytyka

Bardzo przepraszam za dłuższą nieobecność. Winne temu są wydarzenia świecie rzeczywistym, które wyeliminowały mnie na jakiś czas. Ale mam nadzieję, że teraz będzie już lepiej.

wtorek, 6 listopada 2007

J-dag

Obyczaje kopenhaskie inne od naszych. Oni też świętują pierwszego listopada, tyle, że z innego powodu - tego dnia mianowicie odbywa się tradycyjna premiera bożonarodzeniowego piwa Tuborg. Jest to specjalne piwo, które można kupić tylko w związku w Bożym Narodzeniem. To chyba najmocniejsze piwo, jakie tutaj występuje (5,6%), a ponieważ większość społeczeństwa nie pije innych aloholi, więc święto tuborga to okazja do Pijaństwa Roku. Piwo rozdaje się w wybranych pubach i kawiarniach, do których w tym roku można było dojechać specjalną rikszą. Naród jest poubierany w niebieskie czapki krasnali, szczęśliwy i beztroski.
Ale to jeszze nie koniec - na Ratuszplacu, czyli głównym placu miasta, nadmuchano armatkami górę śniegu i można było sobie pojezdzić na nartach. Armatki poszły w ruch również na innych ulicach. Niby to komercyjne, ale jakieś sympatyczne i nienatrętne...
A J-dag nazywa się ten dzień dlatego, że Boże Narodzenie to Jul. Nikt nie wie, co to znaczy. Ale to bardzo stare słowo. Być może przedchrześcijańskie.

Ateista

Mamy tu w Danii pewnego słynnego księdza, który cztery lata temu ogłosił, że nie wierzy w Boga, ani w zmartwychwstanie, ani w życie wieczne. Opinie takie wyraził w swojej książce, a potem powtórzył w wywiadzie dla gazety. Ksiądz Grosbøll został zawieszony w obowiązkach przez swoją p. biskup, która zarządała wyjaśnień. Ponieważ wyjaśnienia nie nastąpiły, oddała sprawę Ministerstu Spraw Kościelnych (czyli najwyższej kościelnej władzy w Danii. Głową Kościoła jest królowa). Ksiądz trafił pod opiekę innego biskupa, który miał kontrolować, czy jego kazania są zgodne z dokrtyną luterańską. Ale kazania nadal głosił.
Ostatnie wiadomosci są takie, że ksiądz Grosbøll wybiera się na emeryturę i że jest zmęczony sytuacją, w której wszystko, co mówi, jest źle rozumiane.
Przez cały czas wspierają go jego parafianie z Taarnbaek - i to jest właśnie najdziwniejsze w tej dziwnej sprawie. Ich szacunek dla szczerości proboszcza jest zrozumiały, ale dlaczego chcą, aby wciąż głosił kazania w ich kościele? Co może im powiedzieć po tym, co już powiedział?
Oczywiście, drogi czytelniku, odczuwasz w tej chwili święte oburzenie i gniew na księdza - ateistę. Ale czy nie lepszy jest ksiądz, który mówi, że nie wierzy, od takiego, który po prostu nie wierzy, a żyje sobie jak gdyby nigdy nic? A przecież spotyka się takich księży, nie tylko w Danii.

wtorek, 23 października 2007

Szwedzi pochodzą od przypadkowej małpy

Niniejszym otwieramy nową rubrykę, pt. Co słychać w szwedzkiej szkole? Docierają tu do nas czasem wiadomości od sąsiadów, które z pewnością zabawią pt. Publiczność. Przegapiłam niestety niusa o tym, że w Szwecji wprowadzono od września "wychowanie pornograficzne", tj. w ramach przedmiotu "wychowanie seksualne" będzie odbywał się blok zajęć, podczas których 13-latkowie dowiedzią się, jak radzić sobie w świecie pełnym pornografii, jak być jej świadomym i dojrzałym konsumentem i nie popaść w erotomanię, a także o tym, że kobieta nie wygląda jak na filmie porno i nie do tego służy. Zajęcia będą ilustorwane przykładami.Przegapiłam, nie opisałam we wrześniu i teraz nikt mi nie wierzy, kiedy opowiadam. Ale to szczera prawda, wiem z duńskiej gazety.

Dziś pojawiła się kolejna wiadomość: otóż w prywatnych szkołach prowadzonych przez wspólnoty religijne (friskolen, czyli wolne szkoły, tak nazywają się prywatne szkoły w Danii) nie wolno od tej pory nauczać o "inteligentnym projekcie". Inteligentny projekt (Intelligent design) to teoria alternatywna wobec Darwina, która mówi, że świat wykazuje cechy dzieła stworzonego przez inteligentną istotę raczej niż jest efektem działania przypadku. Jej status naukowy jest zbliżony do statusu teorii ewolucji pod tym względem, że żadna nie jest faktem, a obie są właśnie teoriami.
Nauczanie o Inteligentym Projekcie jest już zabronione w szwedzkich szkołach publicznych, ale to jest oczywiste.
Źródło (żeby nikt mi nie zarzucał, że nie rozumiem duńskiej gazety i coś sobie dośpiewałam): dzisiejsze wydanie Nyhedsavisen.

poniedziałek, 22 października 2007

Nasze wybory w Danii

Wybory w Danii komentowane są bardzo intensywnie - zarówno przez prasę, jak przez lud, który co i raz pyta, na kogo głosowaliśmy i cieszy się, że nie na "Braci". Tylko w jednej gazecie (Jyllands Posten, słynnej z karykatur Mahometa), naliczyłam 1 artykuł w wersji papierowej i 6 w wersji elektronicznej: bardzo dokładna relacja, włącznie z tym, że wybory były przedłużone, bo zabrakło kart do głosowania. Artykuł papierowy przyozdobiony był zdjęciem babiny w chustce wrzucającej głos do urny (znaczy polski elektorat - w domyśle: Polacy są dziś tacy, jak my byliśmy 50 lat temu), ale elektroniczne zdjęcia już bez wpadek: uśmiechnięty Tusk, Tusk w konfetti, Tusk z żoną i córką itd. Żeby oddać sprawiedliwość gazecie, obrazek nr 1 podpisany był: "kobieta w stroju ludowym, głosująca w miejscowości Gluchow". To znaczy nie uważają, że elektorat tak wygląda na codzień. Złotych zębów nie miała.
Do relacji z poważnych artykułów przejdziemy później, a teraz przytoczymy tylko krótką charakterystykę polskich partii widzianych zza morza (proszę wybaczyć nieporadne tłumaczenie):

- Borgerplatformen. PO, pod przewodnictwem popularnego Donalda Tuska, zachowuje linię proeuropejską i przychylną reformom. Mniejsza biurokracja i niższe podatki mają zahamować emigrację na Zachód. Jest popierana w dużych miastach oraz przez młodych, wykształconych Polaków.

- Lov- og Retfærdighedspartiet. Partia bliźniaków Kaczyńskich jest eurosceptyczna, nacjonalistyczno-konserwatywna, a jej priorytetem jest walka z korupcją i byłymi komunistami na ekponowanych stanowiskach. Opowiadają się za silnym państwem opiekuńczym (velfærdsstat) oraz za silnym Kościołem rzymsko katolickim. Są popierani na wsi oraz przez starszych i mocno wierzących Polaków.

- Bondepartiet. Ta mała partia z korzeniami w XIX-wiecznym polskim ruchu ludowym opowiada się za Unią Europejską, a jej priorytetem jest m.in. zielona energia.

- Venstrealliancen (LiD)
: Luźny alians zreformowanych komunistów i polityków demokratycznych z byłym prezydentem Aleksanderem Kwaśniewskim na czele. Alians jest przyjazny UE i przedsiębiorczości.

- Selvforsvar:
Populistyczna, Eurosceptyczna paria protestu z Andrzejem Lepperem na czele. Partia,popularna wśród rolników i drobnych przedsiębiorców, wypadła z rządu Kaczyńskiego w lecie, kiedy to Lepper okazał się zaangażowany w aferę sekualną i korupcyjną.

- Ligaen af Polske Familier: Myślę, że nie trzeba tłumaczyć: Højreekstremistisk, EU-skeptisk og stærkt romersk-katolsk orienteret parti, der jævnligt beskyldes for antisemitisme.

Ciekawe podsumowanie rządów "Braci" wygłosił dziś pan Dewajtis, duński znajomy mojego Męża, tancerz-emeryt. Najpierw ubolewał nad tym, że Kaczyński jest pod tak silnym wpływem swojej matki, potem przyznał, że jednak program socjalny PiS był dobry, a potem dziwił się realizacji postulatu dekomunizacji: "skoro tak mu na tym zależało, to dlaczego nie wsadził Jaruzelskiego?"
No właśnie, dlaczego?
Z ektermistycznym pozdrowieniem,

Po

Głosowaliśmy w wydziale konsularnym ambasady, pięknej will tuż nad samym morzem - no i ta wycieczka nad morze to jedyna korzyść z wczorajszego głosowania. Nawet nie możemy się pocieszać, że mamy czyste sumienie, bo zagłosowaliśmy na najlepszego kandydata: kandydat (mój sąsiad z Bielan, dawniej radny UPR) i tak nie miał najmniejszych szans, żeby zostać posłem, podobnie jak żaden z jego kolegów z warszawskiej listy, otwieranej przez mieszkańca Tarnowa.

poniedziałek, 15 października 2007

Debaty

My tu oglądamy debaty z opóźnieniem - na żywo w internecie nie działają, za to dają się ładnie odtworzyć ze strony iTVP. Kiedy oglądaliśmy debatę Kwaśniewski - Kaczyński, było nam przykro, że panowie obrzucają się błotem, nie dyskutują merytorycznie, dziennikarze są chamami a cała debata przypomina bardziej teleturniej. Wynik oceniliśmy na 1:1.
Potem nasze wymagania spadły. Wczoraj zrobiliśmy sobie wielki garnek popcornu (już wiedzieliśmy, czego się spodziewać) i obejrzeliśmy debatę Kaczyński - Tusk. Tym razem publiczność była zupełnie beznadziejna i w dodatku jednostronna, bo wrzeszczała tylko na korzyść Tuska, co zbijało z tropu Kaczyńskiego. Wynik: 100% zwycięstwo Tuska. Poziom dostarczonej rozrywki nas usatysfakcjonował.
Za to dzisiaj - debata Tusk - Kwaśniewski, ta najbardziej interesująca (będzie koalicja? czy nie będzie?). Niestety, jeszcze nie pokazuje się w internecie, więc obejrzeliśmy śmiertelne starcie Giertych - Miller. Co za rozczarowanie! Miller jest zużytym staruszkiem, jego demoniczny szyk mocno przybladł. Giertych stara się być mężem stanu, więc nie kopał Millera, a przecież publiczość tylko na to czekała. Krwi!
Ale krwi nie było, więc nawet nie obejrzeliśmy całości. Druga liga.
Mam jeszcze nadzieję na debatę Korwin Mikke - Manuela G. Jeżeli LPR rzeczywiście chce dostać jakieś głosy, to powinni coś takiego zorganizować :-)

Niedziela


Udało nam się wczoraj po raz pierwszy w Kopenhadze uczestniczyć we mszy odprawianej według starego rytu. Msza odprawia się raz w miesiącu, w kaplicy katolickiej szkoły świętego Józefa.
Wierni nieliczni - razem z nami ok. 15 osób, w tym tylko 1 dziecko większe i 1 niemowlę. Muzyka skromna - śpiew gregoriański prowadzony przez panią, która śpiewa głównie solo, bo reszta wiernych nie ma odwagi. Natomiast pani śpiewa czysto. Jaka różnica w porównaniu z mszą u św. Benona w Warszawie! Także jeśli chodzi o dzieci - nikt nie biega, nie ryczy i nie wcina herbatników z podłogi w ostatniej ławce. W Warszawie dzieci raczej mnie denerwują, zwłaszcza, kiedy widzę kompletny brak woli walki u ich rodziców (walki o grzeczność) - tutaj trochę mi ich brakowało. Przyjemnie modlić się w ciszy i skupieniu, ale pustawo jakoś. Kiedy niemowlę obudziło się i miauknęło cichutko, siedząca z przodu pani odwróciła się z kwaśną miną i matka niemolęcia wyniosła je natychmiast. 
Poza tym - msza zupełnie normalna, co zresztą charakteryzuje starą mszę, więc nie ma potrzeby opisywać szczegółów. Duża ulga po rozmaitych kopenhaskich 
wynalazkach kościelnych
Piękna kaplica szkolna (2 razy większa od kościoła św. Benona) niestety nie wyszła dobrze na zdjęciach. Ściana prezbiterium pomalowana jest na jednolity, mocny żółty kolor - prosty a doskonały estetycznie pomysł. Prezbiterium wygląda odświętnie i uroczyście, a patrzenie na tę żółtą płaszczyznę dodaje energii i radości.
Msza odbywa się tak rzadko, ponieważ ksiądz ma inne obowiązki w parafii i nie może przychodzić co tydzień (innymi słowy, jego proboszcz nie pozwolił), więc w pozostałe niedziele w miesiącu towarzystwo zbiera się na łacińskiej
mszy w nowym rycie w parafii Serca Jezusowego.
Próbowali składać prośbę o parafię personalną, ale biskup się nie zgodził, przynajmniej na razie. Być może dlatego, że grupa rzeczywiście nie jest duża, choć sympatyczna.
W przyszłym tygodniu zostaliśmy zaproszeni na mszę w Malmo - tam też odprawia się raz w miesiącu, więc część wiernych podróżuje przez morze do Szwecji (20 minut pociągiem). 

czwartek, 4 października 2007

Zakaz

Nie wszystkie wiadomości z Polski przedostają się przez morze - nic nie wiedziałam, na przykład, o ustawie, która zakazuje handlu w święta. Ustawa została uchwalona przez sejm, senat i prezydenta. Widzę, że prawie wszystkie partie głosowały za (z wyjątkiem PO).
Wydawało by się, że mamy w Polsce do czynienia z bardzo ciekawym eksperymentem - próbą prawnego zagwarantowania przestrzegania przykazań Bożych przez obywateli państwa, które nie deklaruje się jako katolickie ani chrześcijańskie i którego rząd w ważniejszych sprawach (np. w sprawie konstytucyjnego zagwarantowania ochrony życia) postępował zupełnie niekatolicko i niechrześcijańsko.
Tymczasem posłowie, którzy zgłosili projekt ustawy, nie kierowali się, przynajmniej oficjalnie, troską o przykazanie. W uzasadnieniu napisano jedynie: "Wymuszanie pracy w dni wolne od pracy w placówkach handlowych, zwłaszcza wobec kobiet, pełniących odpowiedzialne funkcje w życiu rodzinnym i wychowywaniu dzieci, jest przez znaczą część społeczeństwa oceniane negatywnie. Ustawowe gwarancje otrzymania za pracę w niedziele i święta innego dnia wolnego od pracy – nie są wystarczającą rekompensatą i nie zapewniają pracownikom zatrudnionym w handlu możliwości integracji z rodziną w dni świąteczne, które w polskiej kulturze i tradycji są związane zwłaszcza z rodzinnym obchodzeniem świąt kościelnych lub państwowych. Trudno także uznać, że funkcjonowanie wszystkich placówek handlowych w święta jest uzasadnione koniecznością zaspokajania codziennych potrzeb"
- czyli: można przeprowadzić w Sejmie projekt, który ma w rzeczywistości na celu przestrzeganie przykazań, ale nie wolno tego mówić. Uzasadnienie jest wyłącznie utylitarne: społeczeństwo ocenia coś negatywnie, więc należy tego zakazać. Wartością, na którą powołują się posłowie jest "integracja z rodziną". Coż, wygląda na to, że można przez Sejm przepchnąć wszystko, nawet największą głupotę, byle nie mówić o prawdziwych intencjach.

Istnienie takiego prawa rodzi jednak wiele pytań, także teologicznych, ponieważ potrzeba tego rodzaju zakazu wcale nie jest oczywista, nawet dla wierzących:

1. Czy politycy katoliccy powinni dążyć do prawnego zagwarantowania przestrzegania wszystkich przykazań?
Wydaje się, że prawo państwowe powinno dotyczyć tych przykazań i praw chrześcijańskich, których przestrzeganie jest potrzebne do dobrego życia doczesnego społeczności. Zakładając nawet, że wszystkie przykazania Dekalogu mają taki charakter - czy prawo do świętowania (czy np. nie nadużywania imienia Bożego) powinno być obwarowane zakazem "nie-świętowania"? Czy karać więzieniem za bałwochwalstwo?

2. Czy przymus prawny jest w tym wypadku właściwym środkiem do osiągnięcia celu?

3. Jeżeli na poprzednie pytanie odpowiemy twierdząco - dlaczego pozostali pracownicy również nie otrzymali takiego zakazu? Co z pracującymi w niedzielę nauczycielami akademickimi (studia zaoczne!)? Co z teatrem i filharmonią? A co ze wszystkimi zatrudnionymi w handlu na umowę zlecenia? Jakie są granice "Zaspokajania codziennych potrzeb ludności?"

Pytania nieteologiczne skierować można do niewierzących posłów, którzy także głosowali za ustawą, pomimo, że istniało ryzyko "zapełnienia kościołów":
1. Zakaz pracy obowiązuje pracowników placówek handlowych zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. Wiadomo, że pracodawcy już teraz unikają podpisywania takich umów, które są bardzo kosztowne (ZUS, podatki i składki), a zamiast tego wolą zawierać z pracownikami kontrakty i umowy zlecania. Jak powstrzymać właścicieli sklepów i supermarketów od zwolnienia pracowników etatowych i zatrudnienia ich na powrót na umowy-zlecenia? (propozycję rozbudowania Państwowej Instpekcji Pracy o 500% możemy pominąć).
2. Czy zakaz pracy jest równoznaczny z zapewnieniem prawa do odpoczynku?
3. Dlaczego udało się osiągnąć w Sejmie zgodę w sprawie przykazania nr 3, a nie udało się - w sprawie przykazania nr 5 (nie zabijaj), pomimo, że prawo do życia jest z pewnością prawem człowieka, podczas gdy prawo do świętowania Bożego Narodzenia - nie (choć Episkopat ma na ten temat inne zdanie)?

PS. Na ten sam temat pisał w zeszłym roku Filip Łajszczak w serwisie "Christianitas". (uwaga! to stara strona "Christianitas", teraz mamy nową).

środa, 26 września 2007

w Warszawie

Przylecieliśmy wczoraj. Pierwsze wrażenie: znaleźliśmy się w europejskiej stolicy! Wieżowce, światła, neony... U nas w Kopenhadze tego nie ma. Budynki powyżej 5 pięter to rzadkość, a powyżej 10 są chyba zabronione.
Dziś rano mój zachwyt troszkę minął: w sklepie myslałam, że stało się coś złego - nikt się nie uśmiecha, panie zmęczone i znudzone. Potem nieprzyjemna rozmowa w przedstawicielami Uniwersytetu (sekretarka mojego Wydziału rzuca słuchawką w połowie rozmowy). Wydaje mi się, że nieuprzejmość roznosi się jak przeziębienie: wystarczy, że dziesięc osób w Warszawie wstanie lewą nogą (z dowolnego powodu) i burknie rano do pani w kiosku. Pani w kiosku zrobi się przykro, więc zmierzy złym wzrokiem swoich 40 klientów, którzy z kolei nakrzyczą na kogoś w tramwaju. I do południa mamy półtora milona zakażonych. Któryś z nich spotka pewnie ankietera z SMG/KRC czy innego OBOPu, który spyta: "czy jest pan pani szczęśliwy a". "Nie jestem". A dlaczego? "Bo moja praca jest nudna i mało płatna, moja żona mnie nie lubi, a dzieci są niegrzeczne". Proste? I nikt nie pomyśli, że to wszystko przez panią w kiosku.
Obywatelu! Bądź uprzejmy dla bliźniego!
Oczywiście, że cały ten post to banał, a przecież my wszyscy jesteśmy głębocy i intelygentni.
To proszę wytrzymać przez tydzień :-)

piątek, 21 września 2007

Potop polski

W tym roku przyznano w Danii już 10 000 pozwoleń na pracę i pobyt. To rekord - jeszcze nigdy nie pracowało tutaj tak wielu obcokrajowców. 7 000 z tych pozwoleń wydano Polakom. Jak łatwo obliczyć, stanowimy teraz ok. 0,2 procenta populacji. To tak, jakby do Polski przyjechało 80 tysięcy np. Ukraińców (albo Duńczyków). Rząd się cieszy, bo dawniej imigranci byli uchodźcami i azylantami, a teraz "udało się nam zatrudnić wykwalifikowanych pracowników" (szef Urzędu Imigracyjnego). Polacy pracują głównie na budowach i pewnie w zimie wyjadą - ale studenci, lekarze i pielęgniarki zostaną na jakiś czas.

środa, 19 września 2007

Matka Dunka

Matka Dunka wygląda tak:
wariant 1 - rower z krzesełkiem dla dziecka z tyłu i koszykiem z przodu. Wielki brzuch (co najmniej 7 miesiąc). Dwie siaty - jedna na krzesełku, druga w koszyczku. Dziecko jedzie obok na swoim małym rowerku.
wariant 2 - rower ze skrzynią na dwoje dzieci. W rowerze dwoje małych. Trzecie, większe na krzesełku z tyłu. Siaty w skrzyni. Brzuch wielki.
wariant 3 - wózek na bliźniaki. W wózku bliźniaki albo dwa niebliźniaki, ale w podobnym wieku. Trzecie stoi na specjalnej półeczce przy wózku i trzyma się rączki. Siaty wszędzie.

Proszę nie pytać, jak wygląda ojciec Duńczyk... Oni są pomysłowi, jeśli chodzi o budowę rowerów :-)

Każdy jest nielegalny prawie wszędzie

Z materiałów Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej dowiedziałam się, że 42 % wszystkich rodzin z dziećmi do 24 (!) roku życia korzysta z państwowych zasiłków rodzinnych. Otóż warunkiem otrzymania tego zasiłku jest dochód na osobę w rodzinie poniżej 540 zł miesięcznie. Co oznacza, że przynajmniej 42 procent rodzin w Polsce znajduje się w dość trudnej sytuacji finansowej. Jest też inne możliwe wytłumaczenie - 42 procent ojców i matek ma oficjalne dochody poniżej 540 zł, a co zarabiają poza tym, to już ich sprawa.
No i jak to się skarbowi państwa opłaca: podatki są wysokie, żeby dochody państwa były wysokie. Ale obywatele i tak tych podatków nie płacą (bo za wysokie), a w dodatku pobierają rozmaite zasiłki dla ubogich.
Możliwe rozwiązania: 1. zmiejszyć podatki 2. przekonać obywateli, że płacenie podatków się opłaca, bo dostaną za nie full serwis (drogi, szpitale, przedszkola, bezpieczne szkoły, dobre uniwersytety itd). 3. przekonać obywateli, że niepłacenie podatków się nie opłaca, bo wiąże się z nieuchronną karą.
Do mentalności społeczeństwa polskiego najlepiej wydaje się pasować rozwiązanie nr 1 :-)

Tytuł: na Żoliborzu ktoś napisał na ścianie: "żaden człowiek nie jest nielegalny". Pod spodem kto inny: "każdy jest nielegalny prawie wszędzie".

piątek, 14 września 2007

Dobrzy Indianie

Duńska polityka jest nudna - w tej chwili oni też przygotowują się do przyspieszonych wyborów, ale nikogo to właściwie nie obchodzi. Nie bardzo też wiem, dlaczego te wybory urządzają, bo z pewnością nie dlatego, że wszyscy się kłócą i parlament nie jest w stanie działać (o tym, co się dzieje u nas, naród duński słucha z rozbawieniem, bo i tak nie wierzą).
Są tu partie, które podobnie jak w Polsce, nazywają się odwrotnie do tego, co robią: np. socjaliści chcą odbniżenia podatków, a liberałowie - podwyższenia.
Gazety poświęceją polityce jakieś 10 procent uwagi.
Oczywiście, można popatrzeć na nich z politowaniem - biedny, chłopski lud, pozbawiony zmysłu politycznego, który to zmysł świadczy przecież o samodzielności i dojrzałości człowieka. W pełni człowiekiem jest ten, kto nie żyje tylko życiem prywatnym (czyli idiota), ale także prowadzi bios politicos - życie w sferze publicznej, kto wychodzi na agorę.
A mnie się jednak wydaje, że nudna polityka to naturalny sposób rozwoju demokracji. Polityka po prostu nie jest na codzień potrzebna obywatelom.
Po pierwsze, nie oszukujmy się - polityki w Danii wcale nie ma. Są tylko różne sposoby zarządzania państwem. A państwo nie jest żadną tam Rzeczpospolitą, tylko po prostu wielkim gospodarstwem domowym dla 5 milionów mieszkańców. Nikomu nie zależy na agorach, a idiotami są wszyscy, z politykami włącznie. Sprawy, którymi zajmuje się rząd należą w rzeczywistości do sfery gospodarki i socjologii. Wynika to z tego, że celem państwa jest osiągnięcie bezpieczeństwa i dobrobytu dla jak największej ilości obywateli.
Cel ten jest, wbrew pozorom, bardzo skromny - państwo nie ma zamiaru obywateli wychowywać, poprawiać, wpajać im i wybijać z głowy. Państwo jest wynajęte do tego, żeby wszyscy, którzy płacą składki członkowskie (wysokie) mogli żyć dostatnio i spokojnie, a co zrobią poza tym ze swoim życiem, to już zależy od nich.
Model ten ma wiele zalet - na przykład, urzędnicy nie są przedstawicielami żadnych Wartości ani narzędziem w ręku polityków. Nie tworzy się więc Świat Urzędów z jego dziwną mentalnością. Urzędnicy są wynajęci do tego, żeby państwo działało sprawnie. Jest ich tylu, ilu potrzeba do tego celu. W związku z tym w urzędzie, gdzie są duże kolejki, czeka się na załatwienie sprawy 20 minut a pani urzędniczka może zrobić to, co powinna i wie, co powinna zrobić.
Poza tym państwo jest dosyć tolerancyjne, jeśli chodzi o wychowanie dzieci. Zachęca rodziców do udziału w życiu szkoły i rozumie, że niektórzy nie chcą posyłać dzieci na "wychowanie religijne", czy inną "edukację seksualną". Bierze też udział w finansowaniu szkół katolickich i muzułmańskich. Tutaj awantura o ministerialną listę lektur w ogóle by się nie rozkręciła, bo nauczyciele przecież i tak mogą omawiać, bo uznają za lepsze i mądrzejsze. A jak komuś z rodziców się nie podoba, to niech powie, można zmienić.
Może to wszystko wywoływać wrażenie, że Duńczycy są narodem pogańskim i prowadzą tu państwo laickie. Wrażenie to jest z pewnością częściowo prawdziwe, tzn. oni rzeczywiście traktują religię jedynie jako jeden z aspektów swojego wygodnego życia. Ale mimo wszystko "wierzą więcej, niż mówią". Państwo (czyli w praktyce: urząd) kieruje się wartościami, które można określić jako przestrzeganie Dekalogu + pozostałości protestantyzmu. Ale oni nie umieją o tym mówić. Przybysz z Polski odnosi wrażenie, że znalazł się w kraju dobrych Indian: bardzo poczciwi, ale nie do końca wiadomo, co wymyślą...
Wady oczywiście też są. Po pierwsze - jest nudno :-) Poza tym, Duńczycy są rozpaczliwie nieprzedsiębiorczy i raczej nie mają zaufania do ludzi zakładających własny, mały biznes. Jest to kraj, w którym nie można się dorobić, ponieważ wszyscy żyją z pensji i z tego, co im państwo redystrybuuje. A jak ktoś zarobi za dużo, to i tak odda to w podatku (najwyższa, trzecia stawka - 63 %). Chodzi o to, żeby wszyscy mieli sporo, ale po równo.
Znakiem innej wady systemu jest 15 000 legalnych aborcji rocznie. Wydaje się, że ta liczba spada regularnie, ale nieznacznie (o 7 tysięcy w ciągu 26 lat). Świadczy to jasno o tym, że nawet najlepsza edukacja w dziedzinie antykoncepcji nie wystarczy.

Mimo wszystko zaczynam się zastanawiać, czy rzeczywiście polityka powinna stanowić obiekt zainteresowania obywateli. Zdaje się, że w przypadku Polaków jest to zainteresowanie podobne to tego, jakim pacjent otacza bolący narząd. W demokracji i tak nie bierzemy udziału.

Dlatego nie wiem, czy koniecznie trzeba występować w polityce pod sztandarami Chrystusa - zbyt łatwo te sztandary znieważyć, zwłaszcza w sytuacji, kiedy wyborcy nie mają możliwości kontroli swojego przedstawiciela (ani nawet głosowania na konkretne i tylko te, osoby). Nie wiem, czy Bóg potrzebuje katolickich partii. Na pewno potrzebuje katolickich polityków, ale tylko niektórych. Czasem lepiej chyba wierzyć więcej, niż mówić.

wtorek, 11 września 2007

złodzieje rowerów

A żeby nie było, że w Danii jest tak pięknie: właśnie ktoś mi ukradł rower.
Kradzieże rowerów są tu bardzo częste: rocznie kradnie się ich 80 000, a bardzo niewiele udaje się odzyskać. Duńczycy podchodzą do tego dosyć serio, istnieje oczywiście specjalne stowarzyszenie Okradzionych Rowerzystów. Chodzi o to, że zaufanie do obcych jest podstawą życia społecznego - jeżeli nie masz świadomości, że obcy człowiek na ulicy nie zrobi ci nic złego, to nie żyjesz normalnie. Nie chodzi tylko o jakiś tam procent zaufania, tylko o poczucie bezpieczeństwa. Dlatego kradzieże rowerów są poważniejszym problemem, niż można przypuszczać.

Mój rower nie miał żadnej wartości finansowej, ponieważ znaleźliśmy go na ulicy bez opony, manetek i w stanie daleko posuniętego rozkładu. Okazało się, że wygląda gorzej niż jeździ i jakoś udało się go reanimować. Znalezienie roweru różni się od kradzieży, ponieważ: 1.rower znaleziony leży nieruchomo przynajmniej przez kilka dni (należy obserwować), 2. jest niesprawny 3. nie ma zamka. Czasem ktoś po prostu ma dosyć swojego starego roweru i porzuca go na ulicy. Policja zbiera takie graty i sprzedaje na aukcjach, ale przeważnie po prostu wyrzuca.

poniedziałek, 10 września 2007

co to jest polityka prorodzinna?

W Polsce coś takiego ma podobno istnieć, a niektórzy twierdzą, że już istnieje. Tych, którzy widzieli ją na własne oczy nie ma jednak zbyt wielu. Poza tym nie wszyscy zgadzają się co do tego, czy taka polityka jest w ogóle potrzebna. Pro-rodzinnością zajmuje się komórka w departamencie ds. Kobiet, Rodziny i Przeciwdziałania Dyskryminacji, a departament jest w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej.
W Danii inaczej, nie ma polityki pro-rodzinnej, tylko rodzinna. Za to jest. Zajmuje się nią Ministerstwo Spraw Rodzinnych i Konsumenckich (też dobre). Polega na tym:

Family policy is intended to support and develop the framework on which families depend, so that they can make their own choices and shoulder the responsibility for the choices they make. Family policy is intended to support the soundness of families, and ensure them freedom and a range of options, thereby creating a society characterised by wellbeing and growth.
(Raport Ministerstwa o polityce rodzinnej z listopada 2005).

W praktyce duńscy podatnicy (bo nie chodzi o obywatelstwo ani narodowość, ale o podatki) spotykają się w ową polityką w następujących sytuacjach:
1. Becikowe: wypłacane jednorazowo, przez gminę, rodzicom wszystkich noworodków. Tak samo jak w Polsce
2. Dodatek na dziecko: wysokości od 1500 do 820 koron miesięcznie, w zależności od wieku dziecka (im młodsze, tym więcej). Niezależnie od dochodów rodziców. To nie jest wielka suma, ale wystarcza pewnie na buty i mleko (każdy Duńczyk ma pić pół litra mleka dziennie :-)). Dodatek jest większy, jeżeli dziecko jest sierotką, albo rodzice są emertytami.
3. Urlop rodzicielski. Przysługuje rodzicom, którzy płacą składkę na ubezpieczenie od bezrobocia - czyli w praktce wszystkim. Nie ma organiczeń dla ojców.
4. Dodatek wychowawczy. Wypłacany miesięcznie rodzicom, którzy nie chcą posyłać dziecka do przedszkola. Jego wysokość wynosi 85 % kosztów pobytu dziecka w przedszkolu w danej gminie.
5. Grant dla bliźniaków. Wysokości 800 koron miesięcznie do ukończenia przez dzieci 7 lat. Również w przypadku adopcji bliźniaków.
6. Dodatek dla rodziców-singli. 369 koron miesięcznie.
7. Dodatek dla studiujących rodziców. 5800 koron rocznie.
8. Dodatek dla rodziców dzieci niepełnosprawnych.
9. i inne, w razie potrzeby wypłacane przez gminę.
Wszystkie te świadczenie dotyczą każdego dziecka z osobna, im więcej dzieci, tym lepiej.
Najniższa miesięczna pensja pracownika zatrudnionego na pełny etat wynosi jakieś 12 tysięcy koron netto, a podatki - drugie tyle.
Ponieważ podatki i rozmaite składki są bardzo wysokie, pieniądze wypłacane rodzinom przez państwo nie są traktowane jako zapomoga, tylko jako zwrot części tych pieniędzy, które wcześniej wrzuciło się do wspólnej kasy. Zwrot dostają ci, którzy przyczyniają się do rozmnażania społeczeństwa.
Oczywiście, wysokie podatki są warunkiem prowadzenia tego rodzaju polityki.
Poza tym polityka rodzinna dotyczy też adopcji, rozwodów, przedszkoli i szkół.
W ogóle problem demografii jest w Danii szalenie istotny. Dziś w gazecie pisali, że celem rządu jest zwiększenie ilości dzieci z 1,8 do 2,1 na 1 kobietę. Informacja zilustrowana zdjęciem księżniczki Mary, która już jest lepsza od średniej, bo urodziła 2,0. Codziennie zresztą są jakieś informacje na temat demografii i ułatwiania życia rodzinom.
Idea, która stoi za tym całym zaangażowaniem jest bardzo prosta: dla człowieka najlepszym środowiskiem jest rodzina. Jeżeli chcemy być zamożnym i szczęśliwym krajem, to musimy ułatwić ludziom optymalny rozwój. Warunkiem przeżycia kraju jest dodatni przyrost naturalny. I to należy osiągnąć.
Wydaje się, że Duńczycy w ogóle nie potrzebują do tego idei lewicowych ani prawicowych, ani nawet wartości duchowych. Chyba kierują się rozumem naturalnym. Ale to już inna historia...

sobota, 8 września 2007

societas Danorum

Jesteśmy w Danii już 2 miesiące i jeszcze nie należymy do żadnego stowarzyszenia. Ale to się pewnie szybko zmieni... Tutaj wszyscy są stowarzyszeni i uspołecznieni, i jeżeli pojawia się jakiś problem, rozmaite oddolne ruchy starają się go rozwiązać.
Przykładem może być reakcja mieszkańców Norrebro na zeszłosobotnią zadymę: w czwartek odbyły się dwie już dwie manifestacje - marsz punków i marsz mieszkańców Norrebro, którzy protestowali przeciwko chuligaństwu i niszczeniu naszej okolicy. Na początku wszyscy odnosili się do zbuntowanej młodzieży z sympatią, ale wybijanie szyb i płonące śmietniki - to za dużo. Mieszkańcy nie życzą sobie tutaj kolejnego Domu Młodych.
Rzecznik punków powiedział, że oni przepraszać nie będą i że niczego nie żałują.
Ciekawe jest to, że ludzie zorganizowali się w ciągu 5 dni i są w stanie walczyć o swoje interesy.

Drugi przykład uspołecznienia: okazało się, że materiały do produkcji bomby można kupić w każdej drogerii. Drogerie w Danii to sieć Matas, która ma sklep na każdej ulicy. Nasz sąsiad terrorysta kupił sobie chemikalia właśnie tam. A wczoraj przedstawiciele Matasa ogłosili, że każdy, kto będzie chciał kupić więcej niż 2 butelki acetonu, albo innego środka, który może być niebezpieczny, zostanie zarejestrowany przez sklep. Decyzję podjęto w ciągu 4 dni: nie ma problemu z ustawą o ochronie danych, nie ma protestów prasy.

Powiedziałam naszej znajomej Dunce, że bardzo mi się podoba to, jak oni trzymają się razem, bo my w Polsce jesteśmy raczej indywidualistami. Ona na to, że Duńczycy należą do stowarzyszeń, ale i tak są samotni. I jak potrzebują się pozwierzać, to muszą iść do specjalisty, bo nie wypada zawracać głowy przyjaciołom.

środa, 5 września 2007

słodki chłopak

Dzisiaj znów jesteśmy w centrum wydarzeń i znów komentarze w prasie nieco dziwne. Na ulicy obok mieszkał sobie pewien taksówkarz, który okazał się być członkiem Al Kaidy. Policja aresztowała go zeszłej nocy, co oczywiście widział mój Mąż.
Komentarz w Rzepie wygląda następująco:

Al Kaida w spokojnej Danii

Piotr Kościński

Osiem osób powiązanych z al Kaidą zatrzymano w Danii, znaleziono też niebezpieczny materiał wybuchowy. Spokojna zazwyczaj Dania jest zszokowana.
Jak powiedział na konferencji prasowej w Kopenhadze szef duńskich służb specjalnych PET Jakob Scharf, w nocy z wtorku na środę policja przeprowadziła akcję zakrojoną na dużą skalę, przeszukując jedenaście lokali w rejonie Kopenhagi. Według Scharfa, pierwszy raz w Danii wykryto grupę bezpośrednio powiązaną z organizacją Osamy bin Ladena. PET rozpracowywał ją od kilku miesięcy, współpracując z innymi wywiadami.
Jak pisała duńska gazeta „Berlingske Tidende", sześciu zatrzymanych to obywatele Danii, a dwóch pozostałych – cudzoziemcy. Są to osoby pochodzenia afgańskiego, pakistańskiego, tureckiego i somalijskiego w wieku 19 – 29 lat. Postawiono im zarzut z tak zwanego artykułu terrorystycznego kodeksu karnego.
Po południu pojawiła się natomiast informacja, że podczas przeszukania w jednym z kopenhaskich mieszkań znaleziono bardzo silny materiał wybuchowy TATP, znany też jako „matka szatana". Potwierdził to szef PET, mówiąc, że terroryści chcieli go wykorzystać do wytwarzania bomb o dużej sile.
TATP jest tak niebezpieczny, że policjanci zdecydowali się na ewakuację mieszkańców ulicy Glasvej na północnym zachodzie duńskiej stolicy, gdzie znajdował się lokal terrorystów. TATP był użyty m.in. podczas zamachów terrorystycznych w londyńskich środkach komunikacji w 2005 r.
Dania była do tej pory krajem otwartym dla uchodźców, dlatego też mieszka tu wielu przybyszy z krajów muzułmańskich.

Wojtek jechał do pracy o 5.30 i widział policję na Glasvej, ale nie wiedział, o co chodzi, bo ekipa chemiczna już zniknęła (dziennikarzy nie było, bo, jak wspomniano wyżej, oni nie zaczynają przed 9.00. Ja ich spotkałam o 14.00).
Oczwiście info znowu jest troszkę rozdmuchane - spokojna zazwyczaj Dania wcale nie jest zszokowana, bo oni i tak w żadne spiski nie wierzą. Panuje raczej zdziwienie i niesmak.
Nie ewakuowano całej Glasvej, tylko jeden dom - ten, w którym mieszkał aresztowany. Oczywiśie nie był to żaden "lokal terrorystów", tylko mieszkanie jego rodziców.
Najdziwniejsze jest to, że w ogóle coś się wydarzyło na Glasvej - to jest mała uliczka, na rogu mamy zieleniak "Jeruzalem". Teraz niektórzy pewnie zaczną się zastanawiać, czy Hasan z zieleniaka też jest terrorystą...
Sąsiad terrorysty mówi, że to był "słodki chłopak, każdemu pomagał: sąsiadkom, które miały ciężkie zakupy, nosił torby". Był wierzący, ale żaden tam fanatyk, hołdował modzie hiphopowej.
Ojciec zatrzymanego też jest w szoku, mówi, że oni są w Danii już 30 lat i nigdy nie mieli żadnych kłopotów.
Glasvej to nie żadne getta ani slumsy, zupełnie normalna ulica, prostopadła do naszej głównej Frederiksundvej. Dom terrorysty to trzypiętrowa kamienica, 4 klatki schodowe, mieszkają tam sami Arabowie i Czarni.
Na naszej ulicy jest też arabska podstawówka i Fundacja Muzułmańska, gdzie jest ich dom modlitwy. Pan z Fundacji też był zszokowany i mówił gazecie, że oni sobie zdają sprawę z tego, że młodzież czasem popada w ponure nastroje (poczucie wykorzenienia, strach przed Zachodem), ale nigdy by nie przypuszczał, że do tego stopnia. I że chyba będą musieli coś z tym zrobić...
Pozostaje pytanie, jak ów młody taksówkarz, słodki przyjaciel sąsiadek, wszedł w kontakt z Al-Quaidą ? (bo podobno wszedł, to już 2 raz, jak został zatrzymany i ponoć są dowody - w piwnicy miał magazyn chemikaliów. Ale jestem pewna, że zabezpieczyli też Domestos jego matki :-)
Sprawa nie ma tak oczywistego tła społecznego jak terroryzm w innych krajach zachodnich - w Danii nie ma slumsów, nie ma izolowania Arabów, jeżeli ktoś się izoluje, to na własne życzenie. Nikt nie powinien mieć trudności ze znalezieniem pracy, zwłaszcza, jeżeli zna duński, a on zna, bo tu się urodził. Studia są bezpłatne, a jak kogoś nie stać na utrzymywanie się w trakcie studiów, może dostać stypendium od państwa.
W gazetach piszą, że przyczyną spiskowania jest to, że Dania ma wojska w Iraku, a w zeszłym roku wydarzyła się ta historia z karykaturami Mahometa w gazecie. Ale mnie się wydaje, że to nie ma nic do rzeczy. Po prostu jest ktoś, komu zależy na praniu mózgu takim chłopakom w całej Europie.
Może to przypadek, a może nie - w zeszłym tygodniu w Kopenhadze odbywał się zjazd islamskiej partii
Hizb ut-Tahrir, która tutaj działa legalnie, ale w kilku eurpejskich krajach jest zdelegalizowana, ponieważ nawołuje do świętej wojny z Zachodem i chce w Europie pozakładać kalifaty. Ma milion członków.
W sumie ta sytuacja jest dla nas wszystkich dosyć abstrakcyjna, bo trudno sobie wyobrazić, że twój sąsiad produkuje w piwnicy "matkę szatana". Nie można popadać w histerię, bo Duńczycy zaczną bać się muzułmanów, a to byłoby okropne - większość z nich to po prostu rodziny, które szukają tutaj spokoju i lepszej pracy. Muzułmanie mają podobne marzenie jak katolicy: żeby mąż był w stanie z jednej pensji utrzymać żonę i trochę dzieci. Prosta sprawa. I wierzę temu ojcu, który mówi, że nic nie wie o morderczych skłonnościach synka.
Z drugiej strony społeczeństwo duńskie jest naiwne do bólu, w ogóle nie wierzą w żadne przestępstwa i szajki. Całe szczęście mają policję, która wierzy.
Być może spiski Arabów to druga strona tego samego zjawiska, które spowodowało zadymę na ulicy w sobotę - młodzież się nudzi. Oni tu naprawdę dostają wszystko, a niczego nie muszą zdobywać. Masowe rozpieszczanie. Za dużo słodkiego. I w końcu taki "słodki chłopak" produkuje bombę...

poniedziałek, 3 września 2007

zamieszki, czyli jak powstają wiadomości

Mieliśmy tutaj w nocy bitwę punków z policją, która była szeroko komentowana w mediach, także polskich. Wyborcza, TVN, Wiadomości i kilka innych stacji i gazet powtórzyły właściwie bez żadnych zmian nius agencji Reutersa. Wygląda on tak:

Kopenhaga: barykady i płonące auta

W starcia policji z chuliganami przerodziła się w niedzielę nad ranem demonstracja upamiętniająca wyburzenie przez władze kopenhaskiego Domu Młodych. Na ulicach pojawiły się barykady i płonęły auta. Policja zatrzymała przeszło 50 osób.


Manifestację zorganizowała młodzież z dzielnicy Norrebro, gdzie przez szereg lat w dawnej siedzibie teatru funkcjonowało nieoficjalne centrum młodzieżowe (tzw. squat), popularne w środowiskach anarchistycznych i lewicowych. W marcu tego roku władze eksmitowały nielegalnych mieszkańców i wyburzyły budynek.

Sobotnia manifestacja młodzieży miała stanowić przypomnienie wydarzeń z początku marca. W nocy protest przeistoczył się chwilowo w zamieszki, policja użyła gazu łzawiącego w odpowiedzi na coraz bardziej agresywne zachowanie demonstrantów. Młodzi zaczęli podpalać auta, wybijać witryny sklepowe i wznosić uliczne barykady. Sytuacja została opanowana w niedzielę o świcie.

Według oficera Gunnara Noeragera z policji, „dzielnica Norrebro jest kompletnie spalona, rozbito wiele wystaw, a sklepy zostały zrabowane".

Zarówno eksmisja 1 marca dzikich lokatorów centrum młodzieżowego, jak i późniejsze o kilka dni wyburzenie budynku doprowadziły w Kopenhadze do kilkudniowych rozruchów. Zbuntowana młodzież podpalała wówczas samochody, rzucała kamieniami i koktajlami Mołotowa, wznosiła barykady. Policja zatrzymała wówczas w sumie około 700 osób.

Rzecznik kopenhaskiej policji Mads Firlings ocenił, że młodzież chciała pokazać, że choć minęło już pół roku od zburzenia Domu Młodych, oni o tym nie zapomnieli.


Natomiast naprawdę było tak:
Tak się składa, że mieszkamy w "kompletnie spalonej dzielnicy Norrebro", więc mieliśmy wszystko na bieżąco. Wojtek jeździł rikszą w nocy z soboty na niedzielę. Kiedy wyjeżdzał ok 22,30 nic nie zapowiadało punkowej manifestacji. Manifestacje tutaj się zdarzają - polega to na tym, że młodzież wznosi okrzyki i maszeruje, wkoło zburzonego domu, a policja stoi wtedy na każdym rogu w śródmieściu i w Norrebro. Manifestacja odbywa się wieczorem, ale niezbyt późnym, żeby prasa, turyści i ludność mogli uczestniczyć - dobrą porą jest godzina 20.00. Tym razem nic takiego się nie działo. O 22.30 cisza. Rikszarze też nic nie wiedzieli o manifestacji, a zwykle jednak wiedzą (to małe miasto, bez przerwy spotyka się kogoś znajomego).
Kiedy tenże sam mój małżonek wracał do domu o 6.30 rano, zobaczył krajobraz apokaliptyczny, ale była to raczej mała apokalipsa, niedorównująca strasznemu niusowi: na głównej ulicy naszej dzielnicy, Norrebrogade, było więcej śmieci niż zwykle. Dziwnie wyglądał 300 metrowy odcinek ulicy - dogasające śmietniki, mnóstwo strażaków i śmieciarzy sprzątało spychaczami barykady (prawdziwe, płonące barykady). Wybite szyby w niektórych sklepach. Mnóstwo kamieni i szkła. Mąż kupił sobie piwo u całodobowego Araba (czynny!) i dowiedział się, że to anarchiści i punki stoczyli bitwę z policją.
Kiedy wieczorem jechaliśmy do kościoła, wszystko było pozamiatane. Na jezdni ślady płonących barykad, oraz liczne grafiti "69" (Dom Młodzieży stał przy Norrebrogade 69). Szyby wybite w: MacDonaldzie (dostał też dwiema puszkami z farbą), supermarkecie Kviklcy, supermarkecie Irma (drogi sieciuch) i kilku innych. Nie wyglądało to na bezładny szał chuligański, tylko na planową akcję - sklepy małe, skromne i niesieciowe (np arabski kiosk) nie dostały. Macdonald był kompletnie zdemolowany. Aha, sklep zoologiczny dostał, ale tylko raz i chyba przypadkiem. Nie nastąpiło wyzwolenie królików i kanarków...
Bruk wyrwany, gdzie się dało. Użyty do rzucania w policję, jak sądzę.
Pomyśleliśmy sobie, że to nieprzyjemne, bo teraz wszyscy na Norrebrogade pozakładają sobie ochronne rolety z blachy, a to już nie to samo...
A tymczasem dzisiaj dowiaduję się z polskiej gazety, że mieszkam w kompletnie spalonej dzielnicy...
Wnioski:
1. Sprawa dotyczy fragmentu jednej ulicy, blisko zburzonego domu. Poza tym - kompletna cisza i spokój.
2. Nie było żadnej manifstacji, która spontanicznie "przerodziła się" - to była zaplanowana bitwa z policją. 10 barykad nie "pojawia się" samo w ciągu 5 minut.
3. nie płonęły żadne auta. Celem agresji nie były bowiem pojazdy mechaniczne, tylko policja.
4. akcji nie zorganizowała "młodzież z dzielnicy Norrebro", która w 1/3 jest czarna i arabska i nie obcgodzi jej Dom Młodzieży, tylko anarchiści i punki.
5. "zrabowano" 1 sklep, tę nieszczęsną Irmę. To właściwie nie jest supermarket, tylko drogie delikatesy. Ale w każdym razie wiadomo, dlaczego - Irma symbolizuje globalizację, wyzysk człowieka przez człowieka, mieszczańską kulturę itd. Podobnie MacDonald, niestety, ma pecha, bo znajduje się na placyku, tzw. Norrebro Rundel, gdzie toczyła się cała akcja.

Niusowi towrzyszą też apokaliptyczne zdjęcia pożarów i strażaków uwijających się na zgliszczach. Zdjęcie małe, jakość papieru gazetowego kiepska, ale kiedy przyjrzeć się bliżej widać, że zgliszcza to śmietniki, a dramatyczne światła - raczej latarnie, niż pożary. Szczyt pomysłowości osiągnął reporter z Nyhedsavisen - duńscy reporterzy nie wstają przed 8.00 rano, więc on nie miał szans na ciekawe zdjęcia - kiedy przybył na miejsce, było po wszystkim. Na zdjęciach widać więc młodych ludzi, których najwyraźniej poproszono, żeby biegali między spalonymi wózkami z Irmy.

I tak to wyglądają wiadomości z kraju i ze świata. Nikt się nie zastanawiał nad prawdziwymi przyczynami tego, co się zdarzyło. Zresztą te przyczyny nie są zbyt skomplikowane - punków trochę nosi, a Dania to policyjne państwo.
Serdecze pozdrowienia z płonących gruzów.